Strona główna blog

WSZYSCY JESTEŚMY NAZISTAMI


WSZYSCY JESTEŚMY NAZISTAMI

 

Rozbijanie mitów to bardzo relaksujące zajęcie, więc z przyjemnością się tym dzisiaj zajmę.

 

Mity są pełne sprzeczności. To oczywiste. Są fabrykowane na zamówienie i z prawdą mają raczej luźny związek. Odys był bohaterem -  taki jest wydźwięk Odysei, lecz jeśli przyjrzymy się tej postaci, widać wyraźnie, że był łupieżcą, bandytą i mordercą.

 

Oto więc mit myśliwski numer jeden: gdyby nie myśliwi i dokarmianie, to zwierzyna by wymarła z głodu. Mit numer dwa: gdyby nie myśliwi, to zwierzyna tak by się rozpleniła, że dziki wdarłyby się do miast i pożarły ludzi. Mit numer cztery: trzeba zabijać psy, lisy, wilki - bo drapieżniki mordują sarny. Mit numer cztery: trzeba zabijać sarny, bo w dzisiejszych czasach nie ma drapieżników, które pełniłyby rolę selekcjonerów. I tak dalej. Fabryka mitów pracuje pełną parą. A w tej fabryce nie ma miejsca na dyrektora do spraw logiki.

 

Przy okazji dotarliśmy do mitu głównego: myśliwy jest selekcjonerem. Zabija najsłabsze sztuki. Lecz oto fałszywy składnik tego mitu, który warto wyciągnąć na światło dzienne: selekcja dokonana przez drapieżniki jest precyzyjna - w ich paszczach giną zwierzęta rzeczywiście najsłabsze. Selekcja, jakiej podjęli się samozwańczy demiurgowie z flintami - oparta jest na ocenie przez lornetkę, czy dane zwierzę jest zdrowe i silne czy też może odwrotnie.

 

A oto kolejny paradoks i zarazem legislacyjne curiosum. Według prawa zwierzęta „dzikie” są własnością państwa. Ale za szkody, wyrządzone przez nie na polach uprawnych, muszą płacić myśliwi. Ten przepis istnieje od kilkunastu lat. Dlaczego został wprowadzony? Pozornie po to, żeby odciążyć budżet państwa. Ale to tylko pozory. Kwoty odszkodowań nie są tak wielkie, żeby mogły stanowić dla państwa obciążenie. Chodzi o coś innego. Ten przepis w gruncie rzeczy działa na korzyść myśliwych. On legitymizuje myślistwo. Daje myśliwym do ręki, niewielkim kosztem, potężny argument „moralny”: my płacimy za szkody - więc mamy prawo zabijać szkodniki. Skąd tyle łaskawości ze strony ustawodawcy dla tej grupy? To proste: sejm i senat są zainfekowane myśliwymi. Duża część posłów i senatorów poluje. Lobby myśliwskie jest potężne. Lobby producentów akcesoriów myśliwskich, broni i amunicji - jeszcze potężniejsze. To nie tylko broń, to również stroje, lornetki, celowniki, przywabiacze chemiczne, to setki wyrobów, przynoszących wielkie dochody.

 

Nawiasem mówiąc dobrze by było gdyby wyborcy mogli wiedzieć, czy osoba na którą glosują jest myśliwym. Albo myśliwą, bo są i panie politykierki, które uprawiają ten barbarzyński proceder - na przykład posłanka Radziszewska.

 

Skoro już mowa o polowaniach... Pewien myśliwy „zapolował” na mnie na stronie Wydawnictwa (gdzie oczywiście trwa nagonka na „Polowaneczko”) takim oto celnym strzałem:

 

Słyszałem, że jada Pan mięso i nie zamierza z tej przyjemności rezygnować [to było zanim zostałem fleksiwegetarianinem - przyp. TM]. Dlaczego zatem śmie Pan twierdzić, że zwierzęta niczym nie różnią się od ludzi? Idąc tropem Pana filozofii można rzec, iż bez wyrzutów sumienia zajada się Pan swoimi pobratymcami! Skoro zwierzęta są równe człowiekowi, dlaczego zawsze sięga Pan po świnkę/krówkę, a nie np. po kawałek ugotowanego studenta filozofii dla urozmaicenia menu? Zdaje się, że jest Pan po prostu hipokrytą. I oczywiście nazistą, he he.

 

Ależ tak, oczywiście że jestem nazistą, jeżeli tak na to spojrzeć. W pewnym sensie wszyscy jesteśmy nazistami, bo podporządkowaliśmy sobie inne gatunki i eksploatujemy je. A jedzenie mięsa jest jedzeniem naszych braci. Jest rodzajem kanibalizmu transgenicznego.
Co więcej - jeżeli nawet ktoś jest weganinem, i tak nie jest w stu procentach bez winy, bo choćby się żywił samą fasolą, to przecież każde pole fasoli oznacza zagładę istot, które tam przedtem żyły. Pole należało wydrzeć innym istotom - wykarczować, zabić wszystkie zwierzęta - i, co więcej, dbać żeby na tym polu nigdy żadne zwierzę nie uwiło sobie gniazdka i nie zjadło naszej fasoli.

Ten spór przypomina mi dylemat jaki przeżyłem podczas wakacyjnej podróży na południu Francji. Wracałem z wycieczki górską, asfaltową drogą. W pewnej chwili usłyszałem jakiś dziwny dźwięk spod kół. Coś jakby chrzęszczenie, czy chrupanie. Zaintrygowany, zatrzymałem samochód. Kiedy wysiadłem, aż zamarłem z wrażenia. Asfalt był usiany... ślimakami. Zacząłem je zbierać i wyrzucać na pobocze, ale szybko zrezygnowałem. Były ich tysiące. A gdy tylko kilka z nich usunąłem sprzed kół, po chwili przypełzały nowe. Duże, piękne... Była to widocznie pora ich wędrówki. Stanął przede mną dylemat: czy powinienem A. Zostawić samochód na środku szosy i powędrować do domu piechotą (ok. 60 km nocą przez góry), czy też raczej B. - jechać dalej, miażdżąc ślimaki.

Nasze życie pełne jest zabijania, czy tego chcemy czy nie. Ale to nie rozgrzesza z zabijania DLA ZABAWY. Z Wieszania sobie na ścianie spreparowanych części swoich ofiar. Przyznawania sobie medali za zabicie osobnika o „najciekawszych wykwitach”. Już samo zamiłowanie do trofeistyki plasuje myśliwych w gronie większych nazistów niż mniejszych.

Na koniec zachęcam do zgoglowania frazy: „wyroby z poroża”. Znajdą tam Państwo opisy tak niezwykłych przedmiotów jak na przykład: „sarenka z poroża łosia, z orłem z poroża jelenia, na drzewie z poroża.

Albo: „żyrandole, zegary, lampy, kinkiety, ławy, fotele, kwietniki, wieszaki, krzyże (sic!), świeczniki - wszystko z poroża”.

 

Przedmioty te tylko pozornie świadczą o krwiożerczości. Większość robiona jest z tzw. zrzutów, czyli poroża zrzucanego przez zwierzęta i zbieranego przez myśliwych w lesie a następnie sprzedawanego firmom, które produkują wyżej wymienione atrakcyjne towary. To jakby materace robić z włosów ścinanych u fryzjera. Niby nic takiego, ale trochę dziwne.

Komentarze czytelników (1)

blog - blog