Strona główna blog

EKOLOGICZNE ODEJŚCIE


 

EKOLOGICZNE ODEJŚCIE

Felieton opublikowany w miesięczniku „Vege”

 

Jest takie opowiadanie Rolanda Topora gdzie proroczo kreśli on wizję przyszłości. Jak wygląda świat za tysiąclecia? Czy są tam roboty, pływające wyspy, dwustupiętrowe wieżowce, windy do stacji orbitalnych? Nie. Są cmentarze. Tylko i wyłącznie. Umarli wytapetowali sobą Ziemię i inne skolonizowane planety.

 

Ilu nas jest? To ważne pytanie, owszem. Lecz pytanie ważniejsze brzmi: Ilu nas było? Oblicza się, że około sześćdziesięciu miliardów. Gdyby wszyscy byli pochowani pod granitowymi pomnikami, w ponumerowanych alejkach, na ogrodzonych cmentarzach, ile planety byśmy zajęli?

A pytanie jeszcze ważniejsze od poprzednich brzmi: ilu nas będzie?

Nawet nie warto próbować jakichś wyliczeń w tym kierunku. Ale od razu widać, że będziemy zmuszeni do wynalezienia innych form pochówku niż tradycyjne cmentarze.

 

Niestety (a może stety) przy tej okazji trzeba będzie przewartościować nasze podejście nie tylko do tego co ma się dziać z ciałami naszych zmarłych, lecz również do rytuałów w jakie przez tysiąclecia naszej cywilizacji obrosła śmierć.

I chociaż widok starszych pań, pielęgnujących groby swoich mężów, jest wzruszający, to jednak zapewne odejdzie on do przeszłości...

 

Cmentarze internetowe? Nie, nie namawiam. To taka sama symbolika jak sztuczne kwiaty. Raczej namawiam do noszenia zmarłych w swoim sercu. To dobra forma kontaktu z tymi, którzy odeszli.

 

No dobrze, ale co zrobić z ciałem?

Kiedyś byłem z wizytą w domu pewnego Francuza. Gospodarz przedstawił mi swoją żonę, dzieci, a potem, jakby to był dalszy ciąg prezentacji, powiedział: „A to mój ojciec” i wskazał stojącą na komodzie ozdobną urnę.

Karykaturalne? Trochę. Ale przynajmniej oszczędza kawałek planety. Niedawno w telewizji pokazali projekty gustownych urn nawiązujących wyglądem do osoby zainteresowanej, a więc na przykład piłka dla działacza sportowego, model statku dla marynarza i tak dalej. Na razie w Polsce przepisy nie zezwalają na trzymanie zmarłych w domu, ani na rozsypywanie prochów w górach, nad morzem czy gdziekolwiek. Ale to ma się zmienić i dobijemy w ten sposób do standardów światowych.

Kremacja to ciekawy kierunek, aczkolwiek z ekologicznego punktu widzenia trzeba by się zastanowić na ile przyczynia się do ocieplenia klimatu.

Więc jeśli nie kremacja to co?

Utylizacja? Ale do czego możemy się przydać po śmierci? Już za życia jesteśmy średnio przydatni...

Zresztą, wkrada się tu jeszcze jeden wątek ekologiczny.

Wraz z pożywieniem, z wodą, z powietrzem, wchłaniamy w siebie coraz więcej trucizn - pestycydów, konserwantów. Cóż za zanieczyszczenie środowiska, taki nieboszczyk złożony w iluś procentach z toksyn!

 

Są też inne krzywdy, wbrew pozorom poważne, które po śmierci wyrządzamy środowisku.

Paryż, cmentarz Père Lachaise. Grób Szopena. Jakiś starszy człowiek kręci się wokół grobu, czyści go, oskrobuje z mchu, obsypuje dookoła białym proszkiem.

Ten biały proszek najbardziej mnie zaintrygował. Narkotyk dla zmarłego? Cukier, żeby mu osłodzić zaświaty? Nie. Jak się okazało - sól. Starszy pan jest miły, kulturalny, rozmowny, opowiada o swojej życiowej pasji, powołaniu. Mieszka w Paryżu, jest na emeryturze, ledwo wiąże koniec z końcem, ale co tylko może przeznacza na środki przeciwmchowe, a zwłaszcza na sól, bo ona odstrasza, a nawet zabija. Tępi. Kogo tępi? Złe duchy? Ależ nie. Tępi ślimaki. A ślimaki to największe zagrożenie dla grobu. O tym grobie starszy pan mógłby opowiadać godzinami, smutne lub zabawne historyjki, na przykład jak to oficjele z ambasady polskiej, zamiast rzetelnie zadbać o miejsce spoczynku znakomitego Polaka, przysyłają raz do roku krawaciarza w garniturze z wiąchą kwiatów i ten krawaciarz rzuca ten wiecheć na grób, robi w tył zwrot i znika. O tym jak to nikogo, żadnej instytucji państwowej i społecznej ten grób nie obchodzi. A przecież mamy być z czego dumni, a przecież inne kraje opiekują się grobami swoich znakomitych zmarłych. Lub historyjkę o tym, jak to pracownik cmentarza raz na miesiąc przychodzi ze szlauchem i po kolei zlewa groby mocną strugą, zmywając przy tym również pożyteczną sól, więc trzeba ją znowu wysypywać...

 

Każdy, komu później o tym spotkaniu opowiadałem, komentował mniej więcej w tym duchu: to oburzające. Jak to? Pamięć narodowa, bohater kultury, jedyny Polak znany w Japonii, i ambasada nie dba o jego grób? I potrzeba dopiero jakiegoś biednego emeryta entuzjasty, żeby utrzymać porządek w miejscu wiecznego spoczynku naszego znakomitego artysty?

Moje odczucia są inne. Mimo sympatii dla staruszka, który całkiem bezinteresownie i z czystego zamiłowania do tradycji, pielęgnuje grób Szopena, uważam, że tępienie ślimaków tylko po to, żeby utrzymać w estetycznym stanie czyjeś dawno rozłożone zwłoki, jest właśnie oburzające. Świadczy o dysproporcji, z jaką traktujemy siebie w stosunku do innych stworzeń. Wszyscy won! Wszyscy z drogi! Miejsce! Miejsce nie tylko dla żyjącego człowieka, ale nawet dla jego zwłok.

Zmarły ma prawo wciągać za sobą do grobu żywych! Palenie żony i rodziny już wprawdzie wyszło z mody, przynajmniej w Europie, ale jego współczesne formy istnieją, a jakże. Na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie grabarze zatłukli łopatami wszystkie koty. Na rozkaz księdza, który nie życzył sobie, żeby koty swą obecnością bezcześciły ludzkie trupy. A skąd się tam wzięły koty, tak nawiasem mówiąc? Otóż gdy umrze nasz drogi krewny, nieutulona w żalu rodzina chętnie przyjmuje spadek, z jednym wyjątkiem: kota, psa, kanarka lub czegokolwiek, co do niczego nie służy i czego nie można spieniężyć. Kota przywozi na cmentarz i tam zostawia, niech zwierzę będzie koło swego pana. Znane są przypadki że grabarze, za aprobatą księdza, zamurowują koty żywcem wraz ze zmarłym.

Niedawno głośno było w mediach o królikach, które „rozpleniły się” na cmentarzu. Pokazano odławianie, zaznaczając że to bardziej humanitarne niż proponowany przez myśliwych odstrzał. Pokazano trzepoczące się w siatkach króliki i dodano, że większość zostanie wypuszczona na inne tereny. Dlaczego większość, a nie wszystkie? Bo niektórym ze strachu pękło serce.

 

Musimy starać się zachować proporcje. Z całym szacunkiem dla naszych zmarłych - i dla nas samych w przyszłości, jako że każdy z nas jest potencjalnym zmarłym, szkieletem chwilowo ubranym w ciało - nie powinniśmy po śmierci być równie nieekologiczni jak za życia. Szanujmy przyrodę, szanujmy inne gatunki - niech to będzie nasz testament.

 

No dobrze, a konkretnie? Konkretnie to ja nie wiem. Wiem tylko, że to jedno z zagadnień, na które prędzej czy później nie unikniemy odpowiedzi.

Wiem, że musimy przewartościować nasze podejście do śmierci i tego co potem. Pamięć o zmarłych - tak. Tandetna symbolika i odfajkowywanie ceremonii - nie. Rozpychanie się po śmierci, marmury, kolumny, mauzolea - stanowcze nie!

 

Skąd się wzięło grzebanie zmarłych, tak nawiasem mówiąc? Stąd że dawno, dawno temu... przestaliśmy ich zjadać. A zostawianie ich groziło epidemią. Zagrzebanie było sposobem na uniknięcie epidemii.

Nie namawiam oczywiście na powrót do nekrokanibalizmu. A no właśnie. I tu wracamy do opowiadania Topora, o którym było na wstępie - Topor nie byłby Toporem gdyby odmówił sobie spuentowania swojej opowieści uroczym wątkiem nekrokanibalizmu.

Czyż nie jest to najsensowniejszy, najbardziej ekologiczny pogrzeb? Zjedzenie przez padlinożerców. To oczywiście nie musi być kanibalistyczne. Może być transgeniczne... Część nas samych by żyła w innych istotach.

I chociaż jest w tym ponury żart, paradoks, jednak kto wie czy artystyczny instynkt Topora nie podszepnął mu czegoś, co kiedyś może zostanie przyjęte: najsensowniejszą utylizacją organizmu po śmierci jest jego powrót do łańcucha pokarmowego. hmmm... trochę się zapędziliśmy. Ale od tego jest myśl, żeby pędziła w różnych kierunkach - nie zawsze poprawnych.

Nie, nie namawiam do zjadania zwłok. Brrr... Ani do ich utylizacji jak w przypadku zwierząt rzeźnych (ze świni otrzymuje się około czterdziestu produktów, w tym tak oryginalne jak insulina). Ale przecież niektórzy z nas zapisują swoje narządy innym, na wypadek swej nagłej śmierci. Czyż nie jest to jakiś pozytywny kierunek? Wykorzystanie tkanek.

Bo niby co zrobić z tymi miliardami zwłok? Dziesiątkami miliardów. Niedługo setkami miliardów. Groby piętrowe, spalarnie?

Szczerze mówiąc nie mam pomysłu. Jedyny sensowny pomysł jaki mi przychodzi do głowy, to podejść do problemu od drugiej strony i ograniczyć obłąkańczą produkcję szkieletów. Szkieletów chwilowo ubranych w ludzkie ciała.

 

 

Napisz pierwszy komentarz

blog - blog