Strona główna blog

ELITA EMOCJONALNA


 

ELITA EMOCJONALNA

Felieton opublikowany w miesięczniku „Vege”

 

Funkcjonuje pojęcie elita intelektualna - jako coś najwartościowszego w nowoczesnej społeczności ludzkiej.

Jest to jednak, z etycznego punktu widzenia, pojęcie niedoskonałe. Można należeć do elity intelektualnej mając jednocześnie słabo rozwiniętą sferę emocjonalną.

Elita emocjonalna - to byłoby określenie właściwsze.

Do takiej właśnie elity należą osoby o wrażliwości wyższej niż przeciętna, o egoizmie niższym niż przeciętny, i często - acz wcale niekoniecznie! - o inteligencji wyższej niż przeciętna.

Prawdę mówiąc intelekt czy wykształcenie nie mają tu nic do rzeczy. Znam ludzi prostych, którzy nie skrzywdzą żadnej istoty. I oni w moim pojęciu też należą do elity. Elity emocjonalnej.

Czy elita emocjonalna jest jednorodna? Oczywiście nie. Czym się kieruje? W czym ma rację a w czym się myli? Jakie są jej naiwności? Jak widzi świat - obecny i przyszły?

 

Ostatnio modne w Danii jest mycie naczyń sokiem z cytryny. Bo to nie zanieczyszcza środowiska. Tylko trzeba postawić pytanie: ile kosztowało wyprodukowanie tego soku - nawodnienie gajów cytrynowych, transport, wyciskanie, butelkowanie, rozwożenie do sklepów. Ile za to zapłaciło środowisko?

Zawsze gdy coś jest ekologiczne trzeba zapytać również o drugą stronę tej ekologiczności. Czy zostało ekologicznie wytworzone? Klasycznym przykładem są katalizatory spalin. Chronią środowisko, ale ich produkcja wcale ekologiczna nie jest.

Do tego dochodzi trzecia strona medalu: rozkład. Trzy etapy istnienia: produkcja, życie i rozkład. W sumie tak jak u człowieka. Oraz innych zwierząt.

To aspekt rzadko poruszany. Ciemna strona ekologii. Może dlatego, że przeważnie ta ciemna strona idzie do krajów trzeciego świata, albo w głąb wód, w głąb ziemi, a ta jasna spływa na nasze czyściutkie podwórko.

Jak wyobrażam sobie kogoś kto należy do elity emocjonalnej? Czy można stworzyć przybliżony portret psychologiczny?

Ktoś, kto stąpa na paluszkach po Ziemi. Kto zadaje jak najmniej bólu. Dostrzega cierpienie. Jak możemy nie zadawać cierpień? Świat jest tak urządzony że samym naszym istnieniem depczemy inne istoty.

Kim jest elita emocjonalna? Warstewką ludzi, którzy są nadwrażliwi. A może po prostu normalni. Jak cieniutka jest ta warstewka, jak dalece od głównego nurtu jest elita emocjonalna (czy może on od niej), świadczy choćby to, z jakim entuzjazmem w telewizjach opowiadają o „osiągnięciu” Emiratów Arabskich - sztucznych wyspach w dowolnym kształcie. Czy idole popkultury, kupując te wytwory chorej wyobraźni, zdają sobie sprawę jaką zbrodnią ekologiczną jest zasypywanie podwodnych ekosystemów milionami ton kamieni? Czy myślą o tym miliony telewidzów?

Drugi przykład: choć już dawno po świętach, z billboardów na każdym kroku wciąż straszy nas pokłosie gehenny karpi, w postaci olbrzymich reklam z rysunkiem karpia i „dowcipnym” napisem „daję głowę - cenka opada”. Karp jest świetnie podpatrzony, ma wybałuszone oczy kogoś, kto się dusi, i rozwarte usta próbujące chwytać tlen z powietrza, widać, że rysownik dobrze przyjrzał się karpiom konającym w błotnistej mazi w supermarketach. I stworzył przekaz adresowany do ludzi będących zaprzeczeniem elity emocjonalnej. I ten przekaż kupiły miliony.

Czy można wyobrazić sobie gorszy świat? Czy można nakreślić jakieś możliwe scenariusze na przyszłość, jeżeli będziemy się tak mnożyć i tak „cywilizować” jak teraz? Można. Ziemia wyasfaltowana. Generatory tlenu zamiast lasów. Pływające miasta, podwodne miasta, napowietrzne miasta. Wszędzie ludzie. Ludzie na ludziach. Pod nimi ludzie, nad nimi ludzie, i obok, i wszędzie. Mutanty z długimi szyjami - żeby z tłumu wyciągać głowę po tlen i słońce. Ludzie z monstrualnymi łokciami, obrosłymi pancerzem, żeby łatwiej się rozpychać we wszechobecnym tłumie. Zero samotności. Świat skolonizowany w przestrzeni - i w czasie - życie rotacyjne, na zmiany, w tym samym łóżku śpią trzy osoby, na zmiany. Własne łóżko na całe 24 godziny? - tylko nieliczni, najbogatsi mogą sobie pozwolić na taki luksus. Absurd? Ale już teraz w Japonii, zanim kupisz samochód, musisz udowodnić, że masz miejsce parkingowe.

No dobrze, coś pozytywnego spróbujmy. Czy można wyobrazić sobie świat lepszy? Główne co się nasuwa, to że zakłóciliśmy równowagę. I jakkolwiek potwornie to zabrzmi, kilka miliardów nas - to za dużo. To monstrualnie dużo. Trzeba by przeprowadzić jakąś symulację, która by wykazała jak populacja ludzka mogłaby wpisać się sensownie w ekosystem. Jak moglibyśmy funkcjonować aby nie zginąć, aby się rozwijać, ale nie wszerz, nie w ilość. Bo wtedy zadepczemy planetę. Wszelkie namawiania do wielodzietności są zbrodnią przeciwko Ziemi.

To nie znaczy, że mamy się wymordować. Ale powinniśmy planować ograniczenie obłąkańczego rozrodu. Bo on prowadzi do tego, że się wymordujemy. A najpierw wymordujemy inne gatunki.

Co jeszcze prócz ograniczenia pogłowia ludzi może być pozytywnym krokiem?

Dłubanie w naturze, na przykład. Praw świata nie zmienimy. Ale możemy coś korygować. Oczywiście ostrożnie. Zresztą, robimy to cały czas.

Ostatnio pani Sekretarz Redakcji podesłała mi uprzejmie mrożącą krew w żyłach książkę o zagrożeniach związanych z żywnością modyfikowaną genetycznie. Ja nie byłbym tak jednoznacznie przeciwny jak autor książki i wielu ekologów, którzy odżegnują się od inżynierii genetycznej.

Każdy wynalazek stanowi zagrożenie. Energia wiatrowa, ta najczystsza i najbardziej ekologiczna, też ma swoje ofiary, są nimi ptaki zabijane przez śmigła wiatraków. Ale jest też bardziej ludzki (ptasi?) odłam tej energii - maleńkie wiatraczki na każdym domu w niektórych regionach Japonii.

GMO? Ależ tak! Odporna na pasożyty kukurydza oznacza, że nie trzeba jej posypywać pestycydem. Czy jakiś Frankenstein się nie wyrwie z laboratoriów? To się oczywiście może zdarzyć. Każdy wynalazek ma dwie strony. Ale raczej ten lęk przed Golemem jest atawistyczną obawą przed nieznanym.

A nieznane, wprowadzane z sensem, może być pozytywne. Największa nadzieja dla zwierząt rzeźnych tkwi w dłubaniu w genach. Że nauczymy się produkować tkankę mięsną. I że to wyjdzie taniej niż zarzynanie milionów zwierząt. Ludzka oszczędność to ich jedyna szansa. Szansa na wyrwanie się. Dokąd? W nicość, oczywiście. Ale to dużo lepsze niż wieczna Treblinka, jaką im urządziliśmy. „Największym szczęściem jest nigdy się nie narodzić...” (Seneka? Sokrates? Jakiś filozof na S, w każdym razie).

Skoro już mowa o żywności. Żywność ekologiczna, zdrowa żywność i żywność naturalna to trzy pojęcia, które niekoniecznie muszą się pokrywać. To sklejone pojęcia, które warto rozkleić i obejrzeć z osobna.

Żywność, której produkcja kosztuje cierpienie, najczęściej jest też żywnością niezdrową. Jajka od kur wolnowybiegowych są smaczniejsze i zdrowsze niż od kur z chowu klatkowego.

Czasem specjalnie, w dobrej wierze, podkreślamy szkodliwość na przykład mięsa, bo wiemy, że przekaz o cierpieniu zwierząt mało kogo obchodzi, a przekaz o cierpieniu ludzi obchodzi wszystkich. Warto jednak być świadomym ekologiem i wiedzieć, co tak naprawdę jest czym.

Docieramy tu do klasycznego paradoksu: które futro jest ekologiczne - sztuczne czy „prawdziwe”? Oczywiście, że na paradoks futra jest tylko jedna odpowiedź: sztuczne. Ale tak naprawdę ono nie jest bardziej „ekologiczne”. Ono jest bardziej „cierpieniooszczędne”. I ten czynnik powinien być dla ekologa ważniejszy nawet niż ekologiczność.

Kolejny, trochę mniej koszmarny przykład paradoksu: wieszak plastikowy czy drewniany? Niszczyć lasy czy zatruwać ziemię plastikiem? Trudna odpowiedź. A może nie kupować wcale wieszaka? Nic nie wieszać. Jak najmniej się myć, jak najrzadziej prać, a już nie daj boże prasować (ocieplenie klimatu!).

Mam znajomego, fizyka i etyka, który uważa, że najlepiej by było gdyby wszelkie życie we Wszechświecie przestało istnieć, a jeszcze lepiej, żeby nigdy nie było istniało (że użyjemy czasu zaprzeszłego). Żeby można wymazać je wstecz, bo życie to cierpienie i ból.

Ja nie idę aż tak daleko. Zostawiłbym florę, bo ona nie czuje. Chociaż, właściwie, flora też lepiej żeby znikła, bo z niej się prędzej czy później wyrodzi coś co ma system nerwowy i znów powrócimy do padołu łez. Czy to znaczy, że celem ewolucji są łzy? Jakoś na to wyszło. Tak to jest gdy się rozumuje logicznie.

Pogodzenie wrażliwości elity emocjonalnej z potwornością świata jest stąpaniem po linie. Czy można zmienić świat? Oczywiście nie. Możemy go modyfikować. Do jakiego stopnia? Nie przestawimy naszego kota na wegetarianizm, bo zrobimy mu krzywdę. Jeśli dokarmiamy wolno żyjące koty, dokonujemy typowej redystrybucji dóbr, jak kacyk w Afryce, który jednym zabiera, żeby dać innym - swoim faworytom. Cokolwiek zrobimy - kogoś nadepniemy.

Nasuwa się logiczny wniosek: jeżeli naprawdę nie chcemy zadawać cierpień, powinniśmy usunąć się z tego świata. Co niekoniecznie oznacza samobójstwo. Możliwa jest łagodniejsza forma: samobójstwo filogenetyczne. Nie przedłużanie gatunku. Powstrzymanie się od robienia potomstwa (posiadania? Produkcji? Cóż za odrażające określenia, swoją drogą, i jak one odbijają nasz egocentryzm: MIEĆ dzieci).

Jak się nad tym dobrze, logicznie zastanowić, „zrobienie” dziecka, stworzenie nowego, kolejnego człowieka, jest postępkiem bardzo nieekologicznym. Choćby to dziecko było nie wiem jak delikatne, wegetariańskie, vegańskie, i tak będzie deptało. Jeśli skorzysta z jakiegokolwiek lekarstwa to zdepcze zakatowane w laboratoriach zwierzęta doświadczalne: urocze i bogu ducha winne myszy, małpki, króliki. Jeżeli zamieszka „na łonie natury” i zbuduje tam ekologiczny dom, to wydrze ten kawałek „łona” istotom, które je przedtem zamieszkiwały. Jeżeli będzie żywiło się samą fasolą, to pośrednio zabije krety - milutkie futrzaste zwierzątka, które rolnik uprawiający fasolę wytępił, rąbiąc je szpadlem.

Na każdym towarze, nawet na kiełkach, powinna być nalepka: ile cierpienia kosztował. W skali, na przykład, od 1 do 10 oczywiście soja miałaby mniej niż mięso, ale też by miała. A może takie nalepki powinny być też na ludziach? Nasi milusińscy potomkowie tak czy owak będą niszczyli świat - samym swoim istnieniem. Stąd już tylko krok do wniosku, że świadomy ekolog nie powinien przedłużać gatunku. Kolejnym wnioskiem mogłoby być, że świadomy i konsekwentny ekolog powinien zakończyć swoje życie, a jeśli ma zacięcie społeczne to najpierw powinien zakończyć życie całej ludzkości.

No dobrze, zatrzymajmy się tutaj, bo aż strach pomyśleć, do czego dojdziemy w naszym rozumowaniu.

Doszliśmy oczywiście do jakiegoś absurdu... Ale czy świat i jego prawa nie są absurdalne?

 

Napisz pierwszy komentarz

blog - blog