|
NASZ PSI OBOWIĄZEK. felieton opublikowany w miesięczniku Vege
I koci oczywiście też. Nasze nawyki kierowcy są nastawione na dostrzeganie i omijanie rzeczy dużych. Mamy zakodowane drzewo logiczne - tak nazywają piloci myśliwców kolejność, w jakiej należy niszczyć cele - od ważniejszych do mniej ważnych. My - w tej samej kolejności - chronimy cele. Siebie. Pasażerów. Przechodniów. Innych kierowców. Gdzieś na szarym końcu merda sobie podpunkcik - chronić zwierzęta. Nie proponuję oczywiście zakłócania tej hierarchii i stawiania na przykład teściowej na końcu drzewa logicznego. Trzeba tylko wziąć poprawkę na to, że my jesteśmy chronieni z urzędu, apriorycznie - pasami, poduszkami, strefami zgniotu, strażą pożarną, pogotowiem ratunkowym i chętnymi do pomocy przypadkowymi świadkami. Są natomiast istoty, których nikt ani nic nie chroni - poza pewnym przepisem, do którego za chwilę wrócimy. Nauczmy się więc wychwytywać wzrokiem małych pieszych. Małych czworonożnych przechodniów. Czy raczej przebiegów - bo na ogół biegną nie patrząc na boki. Najlepszym sposobem jest coś co nazywam skanowaniem wycieraczkowym. Mój wzrok stale jeździ po jezdni - od pobocza do pobocza. To jest automatyczne i w niczym mi nie przeszkadza. To jak zerkanie w lusterka wsteczne - nie wpływa ujemnie na bezpieczeństwo jazdy. Jeżeli tego nie umiemy, to w każdym razie nie odrywajmy wzroku od jezdni w chwilach, kiedy „nic się nie dzieje”, „jest pusto”, „żaden człowiek na jezdnię nie wyskoczy”. Człowiek nie. Warto nie tylko wychwytywać wzrokiem, lecz również łapać wyobraźnią. Prowadząc samochód doświadczony kierowca nieustannie i podświadomie układa w głowie mini-scenariusze: Co też się może zdarzyć? Skąd się wytoczy pijany rowerzysta? Co może zrobić ten bałwan w czerwonym audi?... Dołączmy do tych hipotez: skąd może wyskoczyć zwierzę. No i oczywiście - nie pędźmy! Jeżeli wpoimy sobie te zasady, prawdopodobnie nigdy nie zrobimy krzywdy czworonogom. Jest jeszcze druga powinność: ratować, jeżeli ktoś inny potrącił. Kiedy mijam leżące przy drodze zwierzę, zawsze oceniam czy jest martwe. Jeżeli się nie rusza - jadę dalej. Tym bardziej jeżeli jest zachlapane błotem spod kół przejeżdżających aut, albo nienaturalnie spuchnięte - bo to świadczy, że nie żyje już od kilku dni. Najbardziej się cieszę wtedy gdy to, co brałem za zabitego psa czy kota okazuje się starym kaloszem, reklamówką, wyrzuconym ciuchem, kawałkiem folii. Czasem wrażenie jest bardzo realistyczne - czarny kot, który zrywał się z jezdni i bezsilnie opadał na asfalt okazał się kawałem ciemnej folii szarpanym przez wiatr. Pies leżący z łapami wyprężonymi w górę i drgającymi w konwulsjach - gdy podjechałem bliżej zmienił się w kawał ułamanej gałęzi. Nieraz zastanawiałem się, jak zareaguję jeżeli kiedyś naprawdę się zdarzy... Pewnie odczuję lęk. Lęk przed byciem z bliska, twarzą twarz z nieszczęściem. Może nawet panikę pod hasłem „nie mogę na to patrzeć”... No i pewnego razu - bingo. Czy raczej antybingo. Na środku ruchliwej podwarszawskiej szosy zobaczyłem kota. Leżał na asfalcie. Oczywiście zabity. Nie! Rusza głową. Podnosi ją jakby próbował wstać, ale głowa opada na asfalt. Ktoś musiał go potrącić niedawno. Jednak ani sprawca, ani żaden inny kierowca nie raczył się zatrzymać. Wszyscy przejeżdżali nad kotem (nie było miejsca, żeby go omijać), brali go między koła i jechali dalej. Jechałem w przeciwną stronę, ale zawróciłem, zatrzymałem się kilka metrów przed zwierzęciem, na pasie ruchu. Włączyłem światła awaryjne. Nikt nie mógł już po kocie przejechać, chyba żeby staranował mój samochód (na taką ewentualność zostawiłem właśnie te kilka metrów między samochodem a kotem). Mogłem teraz w miarę bezpiecznie podejść do zwierzęcia. Nie wyglądało to dobrze. Kot miał nieprzytomne oczy, leżał we krwi, we własnym moczu i w kale. Nie chciałem brać go na ręce, bałem się, że ma przetrącony kręgosłup. Miałem w samochodzie rakietę tenisową w miękkim pokrowcu, położyłem ją obok kota i przeniosłem go na te zaimprowizowane nosze. Kot mnie nie pogryzł, nie podrapał, doskonale zrozumiał, że chcę mu pomóc i bardzo cierpliwie zniósł to przeniesienie. Następnie ułożyłem go w bagażniku. Podjechałem do najbliższej wsi, znalazłem weterynarza. Zbadał kota, porobił mu zastrzyki, zaordynował dalsze leczenie. Co ciekawe, weterynarz na hasło „zwierzę z wypadku” nie chciał ode mnie pieniędzy! Przypomniały mi się moje wcześniejsze rozważania o tym co trzeba pokonać w sobie, jakie lęki czy opory. Nic. W tamtej chwili nie musiałem nic pokonywać, działałem jak automat. Owszem, przez moment poczułem lęk, żeby rannemu nie zaszkodzić. Ale to była raczej obawa mobilizująca pozytywnie. Naprawdę nie ma się czego bać. Nie bójmy się, że ranne zwierzę nas ugryzie. Kot był w szoku ale mimo to (a może dlatego) garnął się jak dziecko. Nie bójmy się, że się czymś zarazimy. Możemy przecież wozić w bagażniku stare rękawice. Nie bójmy się, że krew poplami nam śliczną nowiutką tapicerkę. Na taką okazję można mieć w samochodzie stary koc. Ewentualnie można po prostu ranne zwierzę przewieźć w bagażniku - nie udusi się na krótkim odcinku (chyba że mamy tam brudne skarpetki). Wreszcie, czymże jest głupia tapicerka w głupim blaszanym pudle. Mucha jest bardziej skomplikowana od jumbo jeta - pamiętajmy o tym. Żaden przedmiot nie jest wart więcej niż żywa istota, i słynne powiedzenie o ratowaniu kota zamiast obrazu Van Gogha jest zawsze aktualne. I to nawet jeżeli Van Gogh jest nasz, a kot cudzy. Jeżeli nie uratujemy ofierze wypadku życia, bo obrażenia są śmiertelne - weterynarz dokona eutanazji i zaoszczędzimy długich cierpień. I to jest również ratowaniem. I obowiązkiem. Jeśli nie mamy samochodu, albo nie czujemy się na siłach, żeby sami ratować, dzwońmy do straży miejskiej, a jeżeli jest to poza miastem - do policji lub na telefon alarmowy 112. Od tamtej historii wożę w bagażniku koc i grube rękawice, i jestem zawsze gotów pomóc rannemu. To nasz psi obowiązek. Udzielenie pomocy jest obowiązkiem nie tylko wtedy, gdy rannym jest homo sapiens. Wynika nie tylko z empatii. Ustawa z dnia 21 sierpnia 1997 roku o ochronie zwierząt rozdz. 7 art. 25: „Prowadzący pojazd mechaniczny, który potrącił zwierzę, obowiązany jest, w miarę możliwości, do zapewnienia mu stosownej pomocy lub zawiadomienia jednej ze służb, o których mowa w art. 33 ust. 3.” (chodzi o służby weterynaryjne, policję, straż miejską lub gminną, służbę leśną). Dobrze jest ratować, jeszcze lepiej - zapobiegać. Do nawyków samochodowych trzeba dodać nawyk powolnego ruszania. Zwłaszcza, jeżeli już tego dnia jeździliśmy i nasz silnik jest rozgrzany. Dlaczego? Koty lubią wygrzewać się pod ciepłym silnikiem. Ruszajmy powoli, żeby dać im szansę na ucieczkę. Znam panią, która startując spod domu przejechała własnego kota... Tyle jeśli chodzi o drogi. Ale wiele wypadków zdarza się w domu. Wbrew pozorom nasz dom, nastawiony na mieszkańców dwunożnych i dużych, jest pełen pułapek dla przedstawicieli innych gatunków. Najczęstsza przyczyna zgonu kotów domowych? Nie, nie zgadniecie. Okna uchylne. Kot podskakuje, wsadza głowę, poczym opada własnym ciężarem coraz niżej, szpara się zaciska na szyi i kot zawisa w tej przypadkowej, lecz skutecznej szubienicy. Można temu łatwo zapobiec. Większość okien posiada regulację, takie ząbki w połowie wysokości, i to pozwala ustalić stopień uchylenia tak, żeby szpara była mniejsza niż głowa kota. Dobre efekty daje też włożenie jakichś przedmiotów w szpary po obu stronach okna. Najlepiej zdają egzamin w tej roli pluszaki. Nagły podmuch wiatru, przeciąg i trzaśnięcie drzwi? Tak, oczywiście, że może zmiażdżyć. Tu wystarczy blokada, jaką można kupić za parę złotych, albo postawienie czegokolwiek, krzesła, pudła, między skrzydłem drzwi a framugą. Dowolnego przedmiotu, byle szerszego niż nasz czworonóg. Czy ciekawość może zabić? Oczywiście. Koty mają instynkt norniczy - lubią włazić tam gdzie nie trzeba, do pralek, suszarek, mikrofalówek, w otwór wentylacyjny gdy na chwilę zdejmiemy kratkę bo właśnie instalujemy wentylator ścienny a wyszliśmy na moment do garażu po większy śrubokręt. Mogą zaplątać się w torby foliowe czy w duże folie malarskie. Niektóre potrafią połknąć leżącą luzem igłę, guzik, zadławić się nitką, sznurkiem - słynne rysuneczki kotów bawiących się kłębkiem wełny niech pozostaną tylko idiotycznymi rysunkami. Żadnych sznurków, zabawek na gumce - chyba że przy tym jesteśmy i nie spuszczamy kota z oczu. Czy instynkt myśliwski może zabić? Ależ tak. Kot lubi siedzieć na górnej krawędzi drzwi, bo ma w genach polowanie z gałęzi. Ale nie ma w genach, że ktoś może te drzwi zatrzasnąć. Często się słyszy, od osób mieszkających na wysokim piętrze: mój kot wychodzi na balkon i nic. Tak, kot może latami wychodzić na balkon i nic. A pewnego dnia nagle coś mu odbije i skoczy za ptakiem, motylkiem, lub noga mu się omsknie - i tragedia. A więc, niestety: siatki w oknach! I na balkonach. Do samej góry! Kot się wspina jak małpka. Te rozważania wyglądają na czysto teoretyczne. Czy naprawdę coś tak wydumanego może się zdarzyć? Może. W domu, w którym mieszkam, na tym samym piętrze, kot wypadł z okna. Żył jeszcze trzy dni. Inny kot, należący do kioskarki koło mojego domu - zakleszczył się w oknie uchylnym. Jego pani była w mieszkaniu. Wyszła tylko na moment do kuchni. Kiedy wróciła - kot wisiał. Żył jeszcze kilka minut. To wszystko zdarzyło się na przestrzeni stu metrów kwadratowych! To tylko te wydarzenia, o których się przypadkowo dowiedziałem. Pozostaje czarna liczba. Bardzo czarna. Jakie były dalsze losy kota z wypadku na podwarszawskiej szosie? Spędził u mnie kilka tygodni na kuracji i został całkowicie wyleczony. Nie, nie odwiozłem go w to miejsce, z którego go zabrałem. To był chudy, wygłodzony wiejski kotek, o którego na pewno nikt nie dbał. Natomiast tak się szczęśliwie złożyło, że moja znajoma marzyła o kocie, który byłby towarzyszem dla jej chorej mamy. Znajoma ma niezłe warunki do trzymania kota: willę na Saskiej Kępie, ogród, trzy tarasy, dwie przemiłe Ukrainki, które dogadzają kotu jak królewnie. Wszyscy domownicy są w kocie zakochani - z wzajemnością. Wypadek odmienił jego życie. Z zabiedzonego kopciuszka o matowym, rzadkim futerku wykluł się wspaniały, potężny misio o futrze lśniącym jak lakier rolls royce’a. Imię Kruszynka, które mu prowizorycznie nadałem tuż po wypadku, już do niego nie pasuje. A właściwie do niej, bo okazała się dziewczynką. |