SADOPEDOFILIA, CZYLI JAJA NA KRZYŻU
„Sześciolatki pierwszoklasiści mają religię. Moją córkę religii uczy cherlawy młody człowiek. Na szczęście nie jest nawiedzoną katechetką, która straszy dzieci ogniem piekielnym. Pan od religii wygląda bardzo spokojnie i nie wydaje się być fanatyczny.
Ale oczywiście pozory mogą mylić.
Ostatnio dostałam maila, który bardzo mnie zaniepokoił. Pisała mama jednego z chłopców z klasy Maryśki.
Podobno chłopiec ów po lekcjach religii przestał sypiać, zaczął się moczyć i budzić w nocy z płaczem. Wszystko za sprawą filmu o ukrzyżowaniu Chrystusa, który to film kazał im oglądać pan katecheta.”
Tak zaczyna wpis na swoim blogu (http://6latka.blox.pl/2010/03/Ukrzyzowanie-Chrystusa-wna-oczach-szesciolatkow.html) pewna Mama sześcioletniego Dziecka. Dalej, zgodnie z zasadą Hitchcocka, że historia powinna się zaczynać od trzęsienia ziemi a potem napięcie musi już tylko rosnąc, jest rzeczywiście coraz bardziej hardcorowo.
Kiedy dostałam tego maila Mała była w szkole, więc nie mogłam się dopytać i poznać szczegółów u źródła. Ale poczułam niepokój…
Pytałam Małą kiedyś o lekcje religii - mówiła, że są fajne, że je lubi i lubi Pana katechetę. Ale pytałam już jakiś czas temu, a z maila wynikało, że to świeża sprawa.
Maryśka się nie moczy, ani nie zaczęła ostatnio moczyć, więc nie miałam namacalnych dowodów na to, że coś się dzieje, ale wiem również, że potrafi być skryta i jak coś się dzieje to niekiedy wstydzi się przyznać do strachu lub innych słabości. Więc jeśli jej za język nie pociągnę to nie będę wiedzieć.
Dlatego też regularnie ciągnę ją za język w różnych sprawach, ale o religii dawno nie mówiłyśmy.
Niecierpliwie czekałam na koniec lekcji.
Dla zabicia czasu czytałam co piszą ludzie na ten temat w Internecie, przegrzebałam fora, próbowałam znaleźć program dla pierwszej klasy. Kiedy wybiła godzina końca lekcji - wybiegłam z domu.
Dopadłam Małą i policzywszy do dziesięciu podpytałam o religię.
Szczyt dyplomacji… najpierw krążyłam wokół tematu, zadawałam podchwytliwe pytania. Drążyłam, wierciłam dziurę w brzuchu.
Maryśka religię bardzo lubi, Pan od religii jest super, a ostatnio to nawet oglądali: „taki fajny film o ukrzyżowaniu Chrystusa. Pan mówił, że będzie smutny, ale, wiesz mamo, wszystko się dobrze skończyło bo Jezus odumarł i poszedł do swojego taty do nieba. Fajnie ma. Też bym już chciała iść do nieba…”.
Zastanawiam się czy to kwestia wrażliwości?
Nadwrażliwości tego chłopca?
Braku wrażliwości Maryśki? – Nie, to wykluczam w przedbiegach.”
Brak wrażliwości Maryśki... Cóż, Maryśka ma usposobienie, które pozwoli jej łatwo przejść przez życie. Nie będzie się zbytnio przejmowała ciemną stroną. I może to dobrze. Natomiast jej kolega niestety chyba będzie w życiu cierpiał. Bo już w tak młodym wieku widzi świat takim jaki on jest naprawdę.
Ta historia przypomniała mi jedno z bardziej traumatycznych wspomnień z mojego dzieciństwa. Przedszkole. Siostry zakonne. Pogadanka umoralniająca, mająca wpoić dzieciom że bóg jest dobry. Drogie dzieci, opowiada zakonnica, jedna z naszych sióstr skaleczyła się w palec. Rana zaczęła się jątrzyć, palec spuchł. Nasza siostra poszła do lekarza. Pan doktor powiedział, że palec trzeba uciąć, bo jest zakażenie. I że jak się utnie, a w środku będzie biały, to dobrze. A jak w środku będzie czarny, to niedobrze. Bo to oznacza, że zakażenie poszło dalej i siostra umrze.
Całą noc siostry się modliły, żeby ucięty palec był biały. No i - hosanna, alleluja, bóg jest dobry! - następnego dnia przyszła wiadomość ze szpitala. Pan doktor ciachnął nożem, podniósł ucięty palec do oczu, popatrzył, i stwierdził: biały! Cieszmy się, drogie dzieci!
Ja się nie ucieszyłem. Wydało mi się ohydne, że palec został odcięty, i po cichu (byłem już na tyle mądry, żeby o to nie pytać) dziwiłem się dlaczego pan bóg, skoro jest taki dobry, nie sprawił żeby palec w ogóle został oszczędzony, zwłaszcza że w swojej wszechmocy mógł to przecież zrobić, nomen omen, małym palcem.
Co to wszystko znaczy? Czy ludzie w habitach i sutannach mają jakąś predylekcję do delektowania się sadyzmem? I drugą jeszcze ciekawszą predylekcję, z pogranicza sadopedofilii - do epatowania tym sadyzmem nieletnich? Do molestowania ich młodziutkiej, delikatnej psychiki takimi koszmarami? Czy jest to jakaś pedofilia przeniesiona ze sfery seksu - oficjalnie zakazanej - na sferę aseksualną?
Dlaczego religia chrześcijańska obrała sobie za logo narzędzie tortur? Dlaczego symbolem religijnym nie uczyniła jakiegokolwiek innego atrybutu, innego przedmiotu odnoszącego się do mitu religiotwórczego? Takich przedmiotów jest do wyboru do koloru. Na przykład aureola. Piękne, koliste, można jeszcze promyki dorysować. I elegancko by się budowało świątynie na planie aureoli, zamiast na planie krzyża. Oczywiście mogłoby też, przeciwnie, być jeszcze gorzej, symbolem chrześcijaństwa mógłby zostać na przykład płonący stos, garota, szubienica, a w wersji modernistycznej krzesło elektryczne, a postmodernistycznej strzykawka z trucizną. Z narzędzi tortur wybrano krzyż, a nie na przykład pal, dlatego że w micie założycielskim nowej generacji chrześcijaństwa mowa jest o ukrzyżowaniu. Dlaczego jednak w ogóle wybrano narzędzie tortur - oto ciekawostka psychologiczna. Z całym szacunkiem dla męczeństwa Chrystusa - narzędzie tortur jest chyba tym co należałoby najmniej uwypuklać, najmniej lansować.
Ostatnio toczy się spór o wieszanie krzyży (jak to dziwnie brzmi, swoją drogą, i mrożąco się kojarzy - wieszanie krzyży) w szkołach, urzędach i wszelkich miejscach publicznych. Strony sporu? Ateiści i zwolennicy laicyzacji z jednej strony, a z drugiej oczywiście zwolennicy religii. No więc ja dodam trzecią stronę, którą osobiście reprezentuję i zachęcam do przyłączenia się do tej trzeciej siły: partia przeciwników eksponowania narzędzi tortur.
Bo krzyż to nie tylko symbol religijny, jak na przykład muzułmańska chusta, która jest płachtą na byka większości Francuzów. Krzyż ma trzeci wymiar - cierpienie.
Kilka lat temu była dyskusja o tym czy powinno na Starym Mieście w Warszawie powstać muzeum narzędzi tortur, i dziennikarze snuli wizje wycieczek szkolnych chichrających się na widok przyrządów, którymi kiedyś kogoś poćwiartowano, połamano, zakatowano. A nikt jakoś nie widzi tego prostego faktu, że takimż właśnie ohydnym narzędziem jest krzyż. Muzeum w końcu powstało, ale krzyża w nim nie ma. A szkoda. To jedyne miejsce, gdzie krzyż byłby na swoim miejscu.
Ja na przykład wcale sobie nie życzę, żeby ze wszystkich stron, ze wszystkich ścian wyskakiwał na mnie krzyż z biednym, przybitym do niego człowiekiem. Bardzo współczuję postaci historycznej jaką był Chrystus i tak samo współczuję wszystkim innym zakatowanym na krzyżach.
Nikt współcześnie nie postrzega krzyża jako jednego z najbardziej ohydnych wynalazków ludzkości, służącego do zadawania okrutnej, bardzo długiej i bardzo bolesnej śmierci. Jak dalece ludzie zatracili właściwe spojrzenie na krzyż, (który zresztą był masowo stosowany i przed i po ukrzyżowaniu Chrystusa a wynalezienie go ginie w mroku dziejów i wiadomo tylko, że były różne jego warianty, w kształcie litery T na przykład, i różne kombinacje przybijania nieszczęśnika, w wersji skulonej, lub z rozpostartymi ramionami tak jak to widzimy w jego najbardziej „popularnej” - cóż za ohydne ale i znamienne w tym kontekście słowo - wersji) - no więc jak dalece nie widzimy, czym jest krzyż, świadczy awantura wokół pracy Doroty Nieznalskiej, która to awantura ciągnie się już od lat i ostatnio znów odbiła się sądowo-medialną czkawką. Jaja na krzyżu! Cóż za profanacja! - Wrzeszczą fanatycy religijni. Przepraszam, profanacja czego przez co? Spójrzmy normalnie, nie w sposób pokręcony, a ujrzymy czym naprawdę jest to zestawienie, dokonane przez Nieznalską. Z jednej strony koszmarne narzędzie tortur, z drugiej narządy służące do przedłużania gatunku ludzkiego. Śmierć i życie. Sadyzm i miłość. Obrzydlistwo, którego ludzkość powinna się wstydzić, a z drugiej strony normalne części ciała człowieka, służące do prokreacji. Ohyda i piękno. Konanie i kwiat. Kwiat w sensie metaforycznym, a tak nawiasem mówiąc kwiat to też genitalia, kwiat jest narządem rozrodczym rośliny, czy zastanawiamy się nad tym wręczając go narzeczonej? Albo czy księża, nakazując dekorowanie kościoła kwiatami, myślą o tym, że „profanują” świątynię narządami płciowymi?
Nasze postrzeganie rzeczywistości a rzeczywistość to dwie różne rzeczy. U niektórych ludzi - całkiem różne.
Patrząc na pracę Nieznalskiej powiedziałbym tak: artystka rzeczywiście dokonała profanacji. Ale wcale nie takiej o jaką się ją oskarża. Nie sprofanowała krzyża. Sprofanowała część ciała człowieka. I to część ważną, godną najwyższego szacunku. Sprofanowała, zestawiając ją z ohydztwem jakim jest krzyż.
Tylko proszę jej za to nie ciągać po sądach! Jestem przekonany, że nie zrobiła tego świadomie.
Oburzenie fanatyków ma coś z podwórkowego chichrania się przygłupich dzieci, wychowanych przez przygłupich rodziców, którzy nakazują że „z tych rzeczy” trzeba się śmiać, obrzydzać je i nazywać w sposób wulgarny. To ciekawe zjawisko, pochodzi z głębin myślowego niechlujstwa, z mroków nieświadomości, z pustych myślowo otchłani. Otchłani nienawiści do życia. Skąd bierze się ta predylekcja do ohydy, to rozkoszowanie się obrzydlistwem? Kto nienawidzi życia? Ten, kto jest z niego wykluczony. Ludzie, którzy decydują się na życie w celibacie, na życie wykastrowane z jego ważnej funkcji, muszą albo być kalekami psychicznymi, albo wskutek tak nienormalnego wyboru do kalectwa się doprowadzić. Muszą nienawidzić życia i wszelkich jego objawów ponieważ sami są życiowymi frustratami. Ponieważ się męczą. I podświadomie życzą tego nam wszystkim. Męczcie się tak, jak my się meczymy! Stąd nienawiść do seksu, stąd nienawiść do piękna, młodości, nagości. Stąd paranoidalna nienawiść do narządów płciowych, co w zestawieniu z miłością do narzędzia tortur daje tak tragikomiczne efekty jak sądowa farsa o Nieznalską.
Ale daje też efekty znacznie poważniejsze - jak choćby ta mrożąca krew w żyłach wypowiedź sześcioletniej Maryśki z cytowanego powyżej bloga: „Też bym już chciała iść do nieba!”
Sześcioletni chłopiec, od którego zaczęliśmy nasze rozważania, wykazał się nieprzeciętną wrażliwością i mądrością. Postąpił jak to dziecko z bajki o nowych szatach dla króla. On nie dał sobie wmówić, że król nosi szaty, tylko niewidzialne. On po prostu krzyknął: „Król jest nagi!”