|
Są narażone na kontakt ze złem w czystej postaci. Codziennie ryzykują życiem. Mają nieograniczone zasoby odwagi. Dla sprawy gotowe są poświęcić wszystko. O kogo chodzi? O elitarne komandoski z grup specjalnych? O funkcjonariuszki policji? Nie. O starsze, schorowane panie, które każdej nocy, między godziną dwunastą a drugą, chodzą po najbardziej zakazanych zakątkach Miasta i dokarmiają bezdomne zwierzęta. Obrzucane wyzwiskami, popychane, szarpane, przeganiane, wracają z uporem, nie cofają się nigdy, raczej polegną na swoich placówkach niż zrezygnują z dolania wody do miski, do której podejdzie bezdomny kot czy pies. Panią Ewę poznałem w supermarkecie. Stała skromnie przy drzwiach i pewnie bym jej nie zauważył gdyby w tym momencie nie padło z głośników „pamiętajmy o bezdomnych zwierzętach!”, a mój wzrok padł na zdjęcia kotów. Gdzie? na Pani Ewie. Była bowiem obwieszona tekturkami, na których przyklejono zdjęcia. W ręku trzymała skarbonkę, zmajstrowaną z puszki po kawie. Spojrzałem w jej twarz i już wiedziałem, że jest to osoba kryształowo uczciwa. Kiedy poznałem ją lepiej, zrozumiałem, że to jedna ze współczesnych świętych. Co mówią ludzie o współczesnej świętej?
- Wołają na mnie „ta stara k...”, „ta kocia mama”, „o, ta kociara już tu jest!”. Jeden nawet wrzasnął na cały sklep: „Ludzie!!! Ona już sobie willę zbudowała za wasze pieniądze!”
- Muszę przyznać - dodaje Pani Ewa - że ochrona zachowała się ładnie, złapali go i kazali mnie przeprosić. Ale dzisiaj znowu był nieprzyjemny incydent. Dwóch bezdomnych się przyczepiło, że zbieram na zwierzęta. A powinnam, ich zdaniem, zbierać na nich. „Hitlera na ciebie trzeba!”, tak do mnie krzyczeli.
- Jednak chyba nie wszyscy są źle nastawieni?
- Nie, oczywiście. Podczas kwesty parę osób mi dziękuje, gratuluje, ktoś mnie nawet kiedyś ucałował. Pani Ewa Krasuska jest wolontariuszką w organizacji SOS dla zwierząt, prowadzonej przez panią Marię Chalecką. Panią Marię poznaję kilka dni później, kiedy to jedziemy - pani Maria, wolontariuszka Sylwia i ja - pacyfikować rozjuszony tłum.
- Zobaczy pan, będzie pan wstrząśnięty - mówi mi po drodze pani Chalecka, która ma za sobą wiele takich interwencji, a kiedy dojeżdżamy na miejsce rozumiem co miała na myśli.
Przed blokiem zebrała się grupa mieszkańców - antykocich aktywistów. Nieogoleni faceci z pijackimi oczkami, kobiety w dresach ale za to wytapirowane, upudrowane i uszminkowane, wszystko to drgało jakimś podnieceniem i emanowało tak złą energią, że gdy się zbliżyliśmy, rozbolała mnie głowa.
Naprzeciwko grupy stali oficjele - przedstawiciele spółdzielni mieszkaniowej, urzędnicy z gminy, a z boku ziewało kilku funkcjonariuszy straży miejskiej.
Odbywał się sąd. Sąd polowy nad starszą, drżącą ze strachu, chudziutką i zgarbioną panią, która dokarmia bezdomne koty.
Z tłumku padają okrzyki: wyrzucić! Usunąć! Spokoju nie ma! Nasze dzieci się bawią w piaskownicy a koty tam sikają!
- Co jest ważniejsze - kot czy człowiek!? - rozdarła się jakaś młoda kobieta, o twarzy nawet inteligentnej i budzącej sympatię, gdyby nie wściekły wyraz oczu.
W obronie podsądnej staje przedstawicielka spółdzielni mieszkaniowej. Tłumaczy, że budka dla bezdomnych kotów jest daleko od piaskownicy, że nikomu to nie zagraża... Tłumek mruczy z niezadowoleniem...
Tu wtrąca się przybyły na miejsce weterynarz i popiera tłumek, twierdzi, że bliskość kotów oznacza dla dzieci groźne choroby.
- O właśnie! - Twarze w tłumie rozjaśniają się, ludzie znów zaczynają gestykulować, krzyczeć. Dlaczego weterynarz tak mówi? - zastanawiam się, bo o ile mi wiadomo przypadki toksoplazmozy są u ludzi niezwykle rzadkie. Odpowiedź przyjdzie później.
Na razie proces, a właściwie lincz, trwa. Pan w garniturku, urzędnik z gminy, z początku bierze stronę karmicielki, szybko jednak wyczuwa nastroje tłumu i zmienia front.
W obronie karmicielki staje ostro tylko jedna osoba - pani Maria Chalecka. Jest energiczna, odważna, dynamicznie przekrzykuje wszystkich. Czy koty nie mają prawa do życia? Czy nie mogą się napić wody? Czy nie mogą się schronić przed zimnem?
Z tłumu dobywa się wrogi pomruk. Padają okrzyki. Coraz bardziej agresywne, obraźliwe. Ty, taka owaka! - do starszej pani Chaleckiej wołają na „ty” osobnicy w obwisłych portkach, którzy mogliby być jej wnukami. Straż miejska nie reaguje. Strażnicy mają znudzone miny. Oni tu przyjechali wyłącznie w jednym celu: aby w razie niebezpieczeństwa być prywatnymi ochroniarzami pana w garniturze i z krawatem - urzędnika z gminy.
Wracamy. Tak jest wszędzie - mówi pani Maria w drodze powrotnej. Ci tutaj i tak nie są najgorsi. Wybrali drogę oficjalną. Najgorsi są ci, którzy sami rozprawiają się ze zwierzętami. Urywają łapki gołębiom. Albo zawiązują im łapki tak, żeby krew nie krążyła. Taka łapka puchnie, a potem odpada.
- W Paryżu rozsypuje się dla gołębi ziarno ze środkiem antykoncepcyjnym. - przypomniało mi się.
- A u nas nabija się parapety gwoździami - dodaje pani Maria.
- Skąd ta nienawiść?
- To nie jest nic racjonalnego. Argumenty są śmieszne: że brud, że choroby... Bzdura! Przecież to właśnie dziko żyjące koty, ponieważ eliminują gryzonie, chronią nas przed chorobami.
- Aha, ten weterynarz... - pytam. - Dlaczego...
- ...Dlaczego kłamał? To proste: on chciał się przypodobać klienteli. Bo ci sami ludzie, którzy wpadają w furię na widok bezdomnego kota, hodują w domu rottweilery, pitbulle, amstaffy. Bezdomny kot nie przyjdzie do weterynarza i nie zapłaci za wizytę, a właściciel rasowego psa - owszem. - Czym się zajmuje wasza organizacja? - pytam w mieszkaniu pani Marii, przerobionym na przytulisko dla uratowanych zwierząt.
Po stole chodzi piękny rudy kot, dołącza do niego całkiem biały, o nogi ociera mi się czarny w białe łatki, jest ich w mieszkaniu około trzydziestu, a mimo to nie czuje się zapachu z kuwet, mieszkanie jest czyściusieńkie. Już samo utrzymanie czystości w takich warunkach graniczy z heroizmem, myślę sobie. - Wszystkim. Nie wiem w jaki sposób nasz telefon krąży po ludziach, ale dzwonią osoby nie tylko z Warszawy, z całego województwa. Dzwonią, kiedy dzieje się krzywda zwierzętom.
- I panie im pomagają...
- Staramy się. Dopóki starczy nam sił.
- Myślałam, że z czasem się oswoję i nie będę tego tak przeżywać - dodaje pani Ewa Krasuska. - Niestety, jest coraz gorzej.
- Tak? Sądziłem, że ludzkość się cywilizuje, nie ma już przecież obdzierania ze skóry, palenia żywcem...
- Ale za to palimy żywcem zwierzęta. Słyszał pan o tym psie wrzuconym do pieca? O kocie obdartym żywcem ze skóry? O kotce wrzuconej do pracującej betoniarki? Kto nie może się wyżyć na ludziach, wyżywa się na zwierzętach. Bo za to nic nie grozi.
- To chyba przypadki dość jednostkowe...
- Przeciwnie. - wyprowadza mnie z błędu pani Krasuska - Na naszych oczach dokonuje się eksterminacja wolno żyjących kotów. Przedtem spółdzielnie mieszkaniowe chętniej zezwalały na pobyt kotów w piwnicach. Teraz są tak zwane wspólnoty, i one robią co chcą. Do pozbycia się kotów wzywają firmy deratyzacyjne, okienka piwniczne zakratowują...
- W zimie zbieramy zamarznięte koty - opowiada pani Chalecka i nagle widzę w jej oczach łzy - Nawet pan nie wie, jakie to straszne uczucie. Chodzimy po osiedlach, a do kratek przytulone takie słupki - zamarznięte koty, które nie mogły tam wejść, wtulały się w kratkę bo zza niej, z piwnicy, biła odrobina ciepła. I tak zamarzły. I my je potem zbieramy i wywozimy do spalarni. Ja już nie mogę. To wszystko przekracza moją wytrzymałość. Ile myśmy się do tych piwnic włamywały, piłowały kłódki, żeby tylko wydobyć uwięzione kociaki, można by długo opowiadać, to są rzeczy niewiarygodne - wspomina pani Chalecka - Albo wchodziłyśmy w dzień, kiedy piwnica jest otwarta, i zamykałyśmy się tam na całą noc. Pamiętam jak siadłam na gazetach w korytarzu i drzemałam, bo tam facet miał warsztat, gdyby zobaczył jak robię wyjście dla kotów, to by mnie zmasakrował. Musiałam czekać, aż sobie pójdzie.
- Jak pani stamtąd wyszła?
- Tam były drzwi, które można otworzyć od środka. - Jak wygląda dzień karmicielki?
- Jesteśmy nie tylko wyzywane, popychane, bite, również obrzucane kamieniami, kartoflami, polewane wodą z okien. Sama nieraz dostałam kubeł wody na głowę i wiem jak to jest - wspomina pani Krasuska - Wiem jak bolą przez kilka dni uderzenia kartoflem. Ale jeszcze bardziej boli dusza.
- Co na to instytucje, powołane do ochrony zwierząt?
- Tam siedzą urzędnicy - twarz pani Chaleckiej tężeje - Mają to w nosie. Nie słuchają. Patrzą na zegarek bo limuzyna czeka, bo zaraz zacznie się bankiet czy inna feta ku czci.
- A kościół?
- Ksiądz na starych Powązkach nakazuje grabarzom zabijać koty. Płaci im po sto złotych od sztuki.
- Coś pozytywnego poproszę, bo czuję, że moja wytrzymałość jest bliska czerwonego pola skali.
- Proszę bardzo: młodzi ludzie na forum „miau miau” skrzykują się na akcje łapania zwierząt i zawożenia ich na sterylizację.
- Ale w tym pozytywie też tkwi zło - sprowadza mnie na ziemię pani Ewa. - My wyłapujemy koty i sterylizujemy je, ale przepisy nakazują aby wypuszczać je w te same miejsca. A to przecież absurd. Skoro wiadomo, że tam czeka je śmierć z rąk oprawców. Lepiej by dla nich było dać je do schroniska – tam przynajmniej umarłyby wśród swoich. - Koty w schroniskach mrą?
- Tak. Od chorób. Od niewoli. Ze smutku.
- Niech pan nie myśli, że jesteśmy jakieś wyjątkowe. - mówi na koniec rozmowy pani Ewa Krasuska - Jest wiele, jak pan to nazwał, współczesnych świętych. Jest była zakonnica pobita za to, że karmiła koty. Leży nieprzytomna w hospicjum. Jest pani Irena Jarosz, ma w Konstancinie azyl dla kotów. Poświęciła wszystko. Sypia po dwie godziny na dobę. W miarę kolejnych rozmów czuję się jakbym odkrywał nieznany świat, jakieś pokłady zła, po których dotąd stąpałem nie wiedząc o ich istnieniu. To wszystko brzmi tak abstrakcyjnie. A przecież panie, od których to słyszę, są ze wszech miar wiarygodne.
Zresztą, gdybym nawet sądził, że jest w tym przesada, to mam pośrednie potwierdzenie, że ciemna strona, z którą na co dzień obcują współczesne święte, jest właśnie taka jak ją malują.
„Administracja prosi o nie karmienie gołębi albowiem odchody wyżej wymienionych psują estetyczny wizerunek podwórka”. - taka kartka pojawiła się na drzwiach budynku, w którym mieszkam.
„A gołębie nie mają prawa żyć?” - dopisałem odręcznie.
„Niech zdychają” - pojawił się następnego dnia, również odręczny, napis.
Na osiedlowym trawniku, za drzewkiem, w miejscu zacisznym i nie rzucającym się w oczy, zrobiłem maleńką stołówkę dla bezdomnych zwierząt.
Bardzo szybko ktoś to wytropił i odtąd obserwuję zjawisko, które można by nazwać: znikające miseczki. Ile już miseczek stamtąd zniknęło! Dziesiątki. Obok leżą butelki po wódce, papierki po batonach, tego nikt nie sprząta, to nikomu nie przeszkadza, natomiast ktoś (kto? Nie wiem, nigdy go nie widziałem, może ktosiów jest wielu?) nieomylnie wyłapie i zabierze miseczkę, pokrywkę od słoika, cokolwiek, w czym zauważy trochę wody. Byle tylko zwierzę się nie napiło!
Ostatnio wielkie poruszenie wywołała brutalna akcja tak zwanej Straży dla Zwierząt. Przy ulicy Broniewskiego w Warszawie pracownicy tej prywatnej firmy kratują okienka piwniczne, wypłaszają z piwnic kotki, które dopiero co miały małe, nie pierwszy to zresztą niepokojący sygnał o działalności tej „straży”.
Niedawno byłem w Rzymie. Jakże inaczej zachowują się tam uliczne koty. Nasze przemykają się pod ścianami, na widok człowieka uciekają pod zaparkowane samochody. Tamte siedzą na maskach samochodów i się wygrzewają. Zwierzę ma w swoich zachowaniach zapisany, jak w negatywie, stosunek człowieka do niego. Nasze zwierzęta mają zapisaną całą podłość świata. I to trzeba zmienić.
Nie zwalajmy całej roboty na współczesne święte. Ich siły są ograniczone. Róbmy też coś. Niekoniecznie dużo. Wystarczy tak niewiele, żeby pomóc. Ale to niewiele, przemnożone przez nas wszystkich, to już będzie dużo.
|