|
OBRÓŻKA WARTA TYSIĄC SŁÓWReportaż o schronisku w Korabiewiczach poruszył całą Polskę. Na forach internetowych zawrzało. „Boże, to straszne!” „Co za dziki kraj!”Przy okazji nastąpiło wylewanie pomyj obrońców zwierząt jednej maści na obrońców inaanej maści. Dowiedzieliśmy się o mechanizmie robienia szumu medialnego, a potem zbierania datków, o zamieszczaniu w internecie zdjęć nieistniejących zwierząt, o robieniu zdjęć na zapas - pies już nie zyje, a jego fotografie w różnych sceneriach i porach roku pojawiają się na stronie fundacji. O wyłudzaniu dotacji. O tym, że dziwnym trafem spektakularne akcje medialne nasilają się w dwóch okresach: pod koniec roku, kiedy budżet się kończy i firmy muszą na coś wydać pieniądze, i przed okresem rozliczania PIT-ów (1 procent!)Nie byłem przy tym - nie wiem. I nie chcę w to wnikać. Ani drążyć, ani nagłaśniać tego tematu, bo to może mieć negatywne skutki uboczne - przecież jakaś tam część pieniędzy ze zbiórek dociera jednak na potrzeby zwierząt, więc jeśli ludzie przestaną wpłacać, to przede wszystkim ta właśnie część zostanie „obcięta”. Wpłacajmy więc, wpłacajmy.Byłem natomiast przy tym jak powstawał ów sławny „reportaż” telewizji TVN o Korabiewicach, i o tym mogę opowiedzieć, bo to widziałem na własne oczy. Gdybym nie widział - nie uwierzyłbym, że coś takiego jest możliwe.Wysiadam z samochodu. Przed bramą schroniska tłumek. Pewnie wolontariusze chętni do pracy. Może to ci, którzy lamentują na forach internetowych skrzyknęli się i przyjechali pomagać? Ale skądże! To tłumek pracowników Telewizji TVN. Pięć samochodów, kilkunastu ludzi.Kamera natychmiast kieruje się w moją stronę i śledzi mnie idącego od samochodu do bramy. Wycelowana prosto we mnie, nachalnie, natrętnie. Gdybym nie był obyty z kamerami pewnie poczułbym się dziwnie - ktoś, bez pytania o zgodę, ot tak po prostu mnie filmuje. Nie wiem nawet kto, bo nauczone smutnym doświadczeniem ekipy TVN usunęły wszelkie loga z kamer, mikrofonów, samochodów. Tak że nawet nie wiesz w czyim widowisku wystąpisz. Jakkolwiek byś zareagował na ten ewidentny nietakt - wszystko zostanie obrócone przeciwko tobie. Pretensje? Agresja? Na to tylko czekają! Zaraz pojawiłbyś się na YT w towarzystwie „obrońców krzyża”. Zasłonić twarz rękami, jak przestępca? No oczywiście, masz coś na sumieniu! Pomachać do kamery? Robisz z siebie błazna.Nagle wpadam na pomysł, który zbije z tropu całą ekipę włącznie z panem reporterem. Wyciągam z torby aparat fotograficzny - dużą, profesjonalną lustrzankę z wielkim obiektywem - i obfotografowuję, z bliska i nachalnie, z profilu i en face - pana z kamerą, pana z mikrofonem, kilku panów bez niczego (kierowcy? Tragarze?) oraz pana dziennikarza. Polecam tę metodę. Miny fotografowanych - niezastąpione. Zamiast lustrzanki wystarczy użyć telefonu.Reportaż obejrzałem, i muszę przyznać jedno: majstersztyk. Umiejętne przemieszanie prawdy z fikcją, czasu przeszłego z teraźniejszością. Jako autor fikcyjnych fabuł naprawdę potrafię to docenić. Brawo! I gdybym nie wiedział, pomyślałbym że to wszystko prawda. Że zdjęcie psa trzęsącego się z zimna zostało zrobione nie rok temu - tylko dzisiaj, że suczka która urodziła na polu została zapłodniona w tym tygodniu, że nowy kierownik jest niemową i się jąka, że ekipy nie wpuszczono na teren a tylko jej ciało astralne tam krążyło z kamerami, Naprawdę jestem pełen podziwu. Osobiście przecież prosiłem kierowców ośmiu ciężarówek ze sprzętem TVN-u aby bardzo powolutku wjeżdżali i nie potrącili żadnego z kilku psów, które mają zwyczaj kręcić się przy bramie wjazdowej. Może mi się to wszystko śniło? Rzeczywistość forów internetowych też ma się dość luźno do rzeczywistości prawdziwej.Oto wizja snuta przez forumowiczów, wstrząśniętych „reportażem”:„To jest jak czeski film!” - intelektualno-kinematograficznie wzdycha „Tinka”.„Nie poprę żadnej akcji dopóki nie przekonam się, że jest uczciwa” - oświadcza z dumą „Asia”."Nie będzie adopcji, zobaczycie" - prorokuje ponuro „Waldemar”."Napisałam do Premiera list jak niżej" - chwali się „Beata”. Tu następuje dość łzawy, długi tekst. Nie wiem, czy premier odpowiedział „Beacie”, ale za to entuzjastycznie odpowiedzieli inni forumowicze:"W pełni popieram!" (Agas)"Brawo Beato!" - podtrzymuje autorkę listu Barbara"SUPEEEEEEEEEEERRRRRRRRR!!!!!!!!!!!! Wreszcie zróbmy coś naprawdę!" - entuzjazmuje się wersalikami z dużą dozą redundancji niejaki Grzesiek."Proszę zróbcie coś w tej sprawie" - apeluje skromnie Gosia."Wy zamiast z tym coś zrobić to zwlekacie" - przygania X"Jedynym rozwiązaniem jest telefon do kancelarii Prezydenta!" - wpada na pomysł Susanna."Więcej działania, mniej gadania! jak każdy będzie zwalał winę na drugiego to tam dalej będą ginąć te biedne zwierzęta, potrzeba kogoś znanego aby tam się dokonał cud, może Joanna Krupa lub Michał Piróg wkroczyliby i nagłośnili sprawę" - w magię celebrytów wierzy „Marek”."Zróbmy coś!!!!!!!!" - nawołuje z wieloma wykrzyknikami „Karolina”."Gdybym była mniej praworządna, to bym powiedziała: niech ktoś weźmie ukradnie stamtąd tyle zwierząt, ile się da..." - sugeruje subtelnie Myamya, nie wyjaśnia jednak, czemu sama nie skorzysta ze swojej wspaniałej rady, tylko ma to zrobić „ktoś”."Naprawdę zaczynam myśleć, że jedyną metodą jest działanie poza prawem!" - wątek samotnych szeryfów o niekonwencjonalnych metodach pączkuje. Pojawia się nawet, jak to zobaczymy za chwilę, nawoływanie do linczu.W stylu Jakuba Szeli mobilizuje do działania „Wojtek”: "ludzie, bierzmy widły i jedźmy tam!!!" (Najpierw pomyślałem, że chce tymi widłami przerzucać siano w stajni, robić coś pożytecznego, ale z dalszego ciągu wynika, że chce z nich robić całkiem inny użytek: „Prać i patrzeć jak puchną!”). Kto? Nie wiadomo.„Tu chodzi o ziemię! Oni chcą przejąć ziemię!” - detektywistyczno-sensacyjnie docieka „Izabella”.„Podpisałam petycję. Tyle mogłam zrobić...” - Pisze z patetyczną skromnością forumowiczka na forum miau.pl.Cóż, to niewiele, droga pani forumowiczko z miau.pl. To bardzo niewiele. To, że siedząc przed monitorem będziemy ronić łzy i drzeć szaty jeszcze żadnemu zwierzęciu nie pomogło.Ale, uwaga, są i deklaracje konkretów: Przyjedziemy! Będziemy pomagać. Adopcje! Przyjeżdżamy po koty! Ten weekend będzie sprawdzianem! Jeżeli zostaniemy wpuszczeni, jeżeli będą adopcje, to znaczy że...Po przeczytaniu setek takich wpisów spodziewaliśmy się w sobotę najazdu wolontariuszy. Chętnych do pracy i adoptowania zwierząt. No i rzeczywiście, przyjechali. A właściwie przyjechał. Liczba pojedyncza jest tu właściwsza, albowiem przyjechał jeden wolontariusz. Słownie jeden. I to nie żaden forumowicz. Po prostu chłopak, który chce pomóc. I pomógł. Zrobił w kilka godzin więcej niż gdyby przez tysiąc lat siedział przed komputerem i snuł złote myśli.Z takiej postawy należy brać przykład. Wstańmy od komputera. Jedźmy do schronisk. Zamiast wycieczki do parku rozrywki pełnego sztucznych zwierząt z plastiku i pluszu, zamiast na gokarty (cóż za wyrafinowany sport), na piknik lotniczy czy na pokaz nowych toreb foliowych do centrum handlowego - pojedźmy do schroniska. Przywieźmy trochę karmy. Pomóżmy w ocieplaniu bud, w sprzątaniu kup. A jeżeli nie mamy pieniędzy na karmę albo jesteśmy za słabi aby pracować fizycznie, to przynajmniej pobądźmy trochę ze zwierzętami. One najbardziej ze wszystkiego potrzebują miłości. Zaręczam, że poczujecie się wspaniale. Zostaniecie naładowani niesamowitą, pozytywną energię. Znajdziecie się wśród setek psów - a żaden nie jest agresywny, chociaż po tym czego doświadczyły od człowieka nie byłoby dziwne gdyby nas rozszarpały. Przeciwnie, są wesołe, wpatrują się w Ciebie jakby chciały Cię pożreć z miłości. Kiedy idę wzdłuż alei z zagrodami prowadzą mnie dziesiątki par oczu wpatrzonych we mnie, a każde oczy mówią: „podejdź do mnie. Dotknij. Pogłaskaj. Albo przynajmniej na mnie spójrz. Zauważ mnie!” O Korabiewicach dowiedziałem się na kilka tygodni przed powstaniem osławionego reportażu, od znajomej pani weterynarz. Pojechałem. To co zastałem było złe, ale nie aż tak tragiczne jak się spodziewałem. Olbrzymi teren. Dużo zwierząt. Psy, koty, niedźwiedzie, byk, konie. Psy w dużych boksach, nie w żadnych klatkach. Trochę psów luzem, byk też luzem (zawarliśmy miłą znajomość kiedy wyciągałem coś z bagażnika a on podszedł i zaczął mi w tym pomagać, wyciągając pyskiem różne przedmioty i rzucając na trawę obok).Na pierwszy rzut oka dość sielankowo. Wystarczy spojrzeć wnikliwiej aby zobaczyć wieloletnie zaniedbania. To ziemia ewidentnie nietknięta ręką żadnego wolontariusza - pokłady kup sięgają epoki plejstocenu. Rozlatujące się budy pamiętają czasy cesarza Franciszka Józefa.Wziąłem się za ocieplanie bud, szukanie domów tymczasowych i stałych. Wciągnąłem do tej akcji znajomych. Mój serdeczny przyjaciel Tomasz Lesin tak się w to zaangażował, że został tam na stałe. Od 21 listopada jest kierownikiem. Czego? Nie schroniska, bo to miejsce już dawno utraciło ten status. Kierownikiem czegoś, gdzie nie ma nic. Prądu, gazu, bieżącej wody.Kto to finansuje? Dobre pytanie. Kto daje pieniądze na karmę, pensje dla pracowników, samochód na dojazdy? To brzmi jak żart, a jednak jest prawdą: anonimowy darczyńca. Naprawdę jest darczyńcą, i naprawdę chce pozostać anonimowy. Oczywiście, jak to zwykle w Polsce, dobry uczynek nigdy nie pozostanie bez kary. Na anonimowego darczyńcę wylały się kubły pomyj, darczyńca przestał być anonimowy, telewizja go wytropiła i zdemaskowała. Apogeum kubłów pomyj nastąpiło wraz z „reportażem” w TVN. Piszę słowo reportaż w cudzysłowie, bo jako absolwent studium dziennikarskiego i uczeń Krzysztofa Kąkolewskiego znam wartość słów. Ciekawe swoją drogą to pojawienie się ekip TVN-u dokładnie w momencie, gdy znalazł się darczyńca, który chce Korabiewice postawić na nogi. Dokładnie w chwili gdy w tym miejscu zaczęło się, po raz pierwszy od lat, dziać coś konkretnego. O przejęcie patronatu nad zwierzętami ubiega się od wielu lat jedna z fundacji - nazwijmy ją fundacja X. Bezskutecznie. Wskutek oporu właściciela nie udało im się nawet wejść na teren. Nam się to udało z marszu i na dzień dobry - i jak zobaczymy doprowadzi to do konfliktów. Po tygodniu intensywnej pracy nareszcie coś pozytywnego się dzieje. Personel zostaje wzięty do galopu - nowy kierownik (to ten niemowa z reportażu) wcale nie jest niemową i ma żelazną rękę. Zaimprowizowano ogrzewaną kociarnię w budynku dawnej lecznicy weterynaryjnej. Koty nie są już wożone do weterynarza - to weterynarz przyjeżdża do nich. Weterynarz jest codziennie, czasem jest ich dwoje. Opatrują rany, wykonują zabiegi które można zrobić na miejscu. Odrobaczają systematycznie wszystkie zwierzęta. W ciągu pierwszych dwóch tygodni zostało tu zrobione więcej niż ktokolwiek kiedykolwiek zrobił dla tego miejsca.Jednocześnie fundacja X zapowiada najazd. Będą siłą czipować psy. Mój były współpracownik, prezes X-a, pisze do mnie, że dziwi go że nie chcemy czipów, które kosztowały go aż 10 tysięcy złotych (chyba bardzo przepłacił albo dał się oszukać nieuczciwemu sprzedawcy, albowiem czipy w tej ilości kosztują dokładnie połowę tej kwoty). Kierownik Tomasz Lesin proponuje fundacji X współpracę, mimo że odradzam mu to. Zgodnie z moim przewidywaniem, fundacja i tak odrzuca propozycję. Nie chce współpracować. Chce tu rządzić. A najbardziej - aż dziwne skąd tak nachalny nacisk właśnie na to jedno - czipować psy. Oczywiście w blasku fleszy i żeby było głośno. Nie odrobaczać, (a fe) nie szczepić (cóż za banał), nie odpchlać (jeszcze pchła na mnie wskoczy i ugryzie, och, mamusiu!) - tylko właśnie to jedno: czipować! Czipować! Tłumaczymy, że kupiliśmy już pięćset czipów i więcej naprawdę nie potrzebujemy. Że takie czipowanie na łapu capu, akurat w sobotę i przy kamerach, nie ma żadnego sensu. Że najpierw trzeba sprawdzić, które psy już mają czipy, żeby uniknąć podwójnego czipowania. Nasi weterynarze właśnie to robią, i nie jest to praca na pół godzinki, bo trzeba każdego psa przebadać skanerami różnych firm - nie każdy skaner wykrywa każdy czip. Całkiem spora część psów ma już - jak się okazuje - czipy. Nie są one wprawdzie w żadnej bazie danych, ale odnalazł się weterynarz, który te czipy zakładał i posiada do nich dokumentację. Właśnie ją sprowadzamy (weterynarz mieszka 200 kilometrów stąd). Czipujemy tylko te psy, które z całą pewnością czipów nie mają. Na dzień 12 grudnia zaczipowaliśmy takich psów sto dwadzieścia. Czip jest wielkości ziarnka ryżu, wprowadza się go przy pomocy strzykawki - z igłą jak dla konia. Złapanie psa, unieruchomienie go żeby się nie wyrwał, wbicie mu igły w skórę na szyi - wszystko to nie jest przyjemne. Że takie partyzanckie czipowanie na łapu capu, oprócz ewidentnego absurdu organizacyjnego, stwarza poważny problem w postaci stresu dla zwierząt - tego fundacja X absolutnie nie chce dostrzec. Fundacja X chce wbijać własne czipy. Koniecznie i natychmiast! Fundacja zjawia się, jak zwykle, w blasku fleszy i z ekipami telewizji. Jednak kluczowe osoby - dwie wolontariuszki z fundacji X, które miały czipować psy - po obejrzeniu schroniska zmieniają zdanie o sto osiemdziesiąt stopni. Przyznają nam rację, że w tej sytuacji bezmyślne czipowanie byłoby barbarzyństwem. Pomagają nam i od tamtego dnia przyjeżdżają już jako osoby prywatne. Nie chcą już mieć nic wspólnego z fundacją X. Są lekarzami weterynarii. Po wyjściu ze schroniska opowiadają do kamery TVN co widziały - że większość zwierząt jest w dobrej kondycji. Jednak wypowiedź ta nie pasuje do założeń "reportażu" i nie ujrzy światła dziennego. Fundacja X, jak szybko się pokazała tak równie szybko zniknęła - wraz ekipami telewizji.Współpracowałem kiedyś ściśle z tą Fundacją - wspierałem ją nazwiskiem i tekstami, publikowanymi - nieodpłatnie - na stronie internetowej X-a oraz w miesięczniku Vege. Byłem też częstym gościem w biurze X-a, tak częstym, że w końcu dostałem własne klucze. Co tam robiłem? Sprzątałem kupy. Pod biurkiem prezesa mieszkał bowiem kot, ale żadnemu z młodocianych aktywistów nie chciało się sprzątać kuwety. Nie wiem nawet czy dostrzegali tego kota. Nikt go nigdy nie pogłaskał, mijali go jak przedmiot... Jeden z młodzieńców powiedział mi wręcz: „Ja tam kotów nie lubię”.Były tam też inne zwierzęta, przyniesione w odruchu dobrego serca i zapomniane. Na przykład szczury w klatkach. To jednak ja musiałem zamykać drzwi, żeby kot się nie kręcił w pokoju w którym są klatki ze szczurami - nikomu nawet nie przyszło do głowy, że szczury mogą się stresować jeżeli kot będzie się w nie wpatrywał, nawet przez kraty. To ja musiałem czyścić klatki, myć kontenerki do przewożenia zwierząt, wynosić żwirek z odchodami. Kręciły się tam tabuny nastolatków i dwudziestokilkolatków, szefowie Fundacji mogliby ich zapędzić do sprzątania. Jednak zarówno szefowie, jak ich młodociani pretorianie byli od wyższych celów. Jakich? Krzyczeć, manifestować, pikietować. Wychylać się do kamer.W końcu nasze drogi się rozeszły. Ja wziąłem kota pod pachę i znalazłem mu wspaniały dom i kochającą rodzinę. Fundacja X poszła swoją drogą. Ten kot pod biurkiem - nie zauważany, nie chciany, przyniesiony w odruchu dobrej woli a potem zapomniany - dobrze charakteryzuje styl pewnego gatunku obrońców zwierząt. W tym samym stylu działają też medialni - w tym internetowi - obrońcy. Na forum miau.pl jest sto stron, na każdej po kilkanaście postów - wylewania pomyj i snucia teorii spiskowych. Podobnie na Dogomanii. Ciekawe, ile można by zrobić konkretnych rzeczy gdyby tę negatywną energię zamienić na działanie. Tego jednak nikt nie chce. Forum puchnie, nowe wątki pączkują, trwa intensywna aktywność - z której zwierzęta nie mają nic.Jeżeli ktoś mieszka na drugim końcu Polski, pieniędzy nie chce wysłać bo nie ufa (rozumiem to, też bym pewnie nie wysłał pieniędzy nie będąc pewnym czy trafią na potrzeby zwierząt) to może przecież wysłać cokolwiek, na przykład obróżkę przeciwpchelną. Chyba obróżki ani nowy kierownik ani tajemniczy sponsor nie założą sobie na szyję? No, teoretycznie mogliby ją opchnąć na allegro, tylko czy chciałoby im się w to bawić? Zresztą, o ile mi wiadomo, darczyńca jest jednym z bogatszych Polaków, więc chyba nie złakomi się na obróżkę?A taka obróżka ratuje psa. Moją pierwszą inwestycją gdy tylko pojawiłem się w Korabiewicach było kupno obróżki dla Łysego. To pies z alergią na pchły, a więc najbardziej pechowy z pechowców. W schronisku jest pełno pcheł, wszystkie zwierzęta są zapchlone. I jakoś sobie z tym radzą - trochę się drapią, trochę się gryzą. Lecz alergia na pchły - oznacza wyrok. Stała pozycja Łysego wyglądała tak: odwinięty do tyłu i wgryziony we własne plecy. Gryzł te plecy tak jakby chciał je wyrwać, jakby chciał się zagryźć na śmierć. Na ciele miał rany i łyse miejsca. Trząsł się z zimna bo w przeciwieństwie do innych psów - był prawie nagi. Teraz jest wesołym psem. Nie wgryza się już we własne ciało. Futro mu pięknie odrasta. Taka głupia rzecz jak obróżka zmieniła jego życie. Jest więcej warta niż tysiąc słów wylanych w Internecie.Fundacja X kontratakuje. Pewnego wieczoru próbują nam podrzucić chorego psa – gdy to się nie udaje, wpadają na inny pomysł. Przyjeżdżają z policją i jak zwykle z ekipą TVN-u, i podnoszą alarm: w schronisku jest rzekomo pies w stanie agonalnym. Chociaż to strata czasu dla nas i zbędny stres dla psa, jesteśmy zmuszeni zawieźć go na badania do Warszawy, do lecznicy Szkoły Głównej i Gospodarstwa Wiejskiego. Po kilku dniach, spędzonych przez biedaka w klatce w lecznicy – lekarze orzekają: pies jest wprawdzie stary ale w dobrej kondycji, nic nie zagraża jego życiu ani zdrowiu, możemy go zabrać. To było do przewidzenia. Fundacja X ma swoje metody – poszczuć opinię publiczną, a potem wyłudzać od osób, które nie są zorientowane – datki na rzekomą pomoc dla zwierząt. Te datki to spore sumy, i z nich właśnie żyją tabuny krzykaczy, dla których zwierzę jest tylko przedmiotem.
|