|
BOHATER NASZYCH CZASÓW W ciągu ostatnich lat, niepostrzeżenie i stopniowo, na bohatera mediów awansował pedofil. Już nie polityk, nie aktor, piosenkarz czy laureat big brothera jest pieszczoszkiem wszystkich redakcji - tylko pedofil. Medialna kariera pedofilii jako tematu numer jeden stała się faktem. Tatuś kąpiący dwuznacznie córeczkę, liczne wyznania starszych pań o tym co było pół wieku temu, afera na dworcu, afera w domu dziecka, afera w chórze... Właściwie nie ma dnia, żeby na pierwszych stronach gazet nie pojawiła się nowa sensacja z tej jakże fascynującej dziedziny. Parę dni temu - kolejna odsłona. Malarz, który chciał zaprotestować przeciwko pedofilii, został aresztowany za pedofilię (to logiczne, Holmesie!). Okazuje się, że do pedofilii wolno podchodzić tylko pozytywnie - czego dowodzi całkowita bezkarność księży katolickich, z których ani jeden jak dotąd nie został aresztowany, mimo że sporo zmalowali. Obrazy malarza-kryminalisty mają zostać spalone (nie sprecyzowano czy na stosie, czy w piecu, i czy będzie z tej uroczystości transmisja). Za oskarżonym malarzem ujęła się Gazeta Wyborcza, stając tym samym zdecydowanie po stronie pedofilów. Opublikowała ona mianowicie reprodukcje rzeczonych obrazów, propagując je tym samym wśród szerszej publiczności i próbując, w taki przynajmniej sposób, ocalić je od zapomnienia. (będą jakieś aresztowania czytelników? Redaktorów?) W zatrzymaniu malarza jest oczywiście pewna logika. Bo jeżeli materiałem pedofilskim mogą być zdjęcia dzieci, to czemuż by nie obrazy? A może i rzeźby? A nawet architektura owszem też, a jakże, w kształcie niektórych budynków nie sposób nie zauważyć zamaskowanych intencji architektów by sączyć nam, zdrowym, ich zboczone wizje. Jeżeli budynek jest wypukły, to ewidentna aluzja do damskich krągłości. Jeżeli płaski - jeszcze gorzej. A literatura? No to już po prostu pole do popisu dla prokuratury jak znalazł! Niedawno przeczytałem sobie po raz kolejny niewinną z pozoru powieść historyczną pt. „Krzyżacy”. Czytałem ją przedtem wielokrotnie, teraz jednak, pod wpływem medialnego tematu numer jeden, odbieram ją zupełnie inaczej. Ze zgrozą. Zauważyłem w niej rzeczy, których przedtem nie dostrzegłem. Rzeczy niezwykle groźne. Oto król Jagiełło żeni się z dwunastolatką. Sam król okazuje się być zboczeńcem! Żeby to jeszcze było białe małżeństwo. Ale gdzie tam! Kilkadziesiąt stron dalej dwunastolatka, która chyba już ma pod trzynaście, ale wciąż jej sporo brakuje do ukończonych piętnastu - rodzi dziecko!!! I nie możemy tu mieć nadziei, że nastąpiło zapłodnienie in vitro, jako że w tamtych dzikich czasach metoda ta była mocno krytykowana przez kler katolicki. No chyba że miało tu miejsce niepokalane poczęcie. Ale z tego co wiem nauka zna tylko jeden taki przypadek. No i nie. Coś pokręciłem. Chyba jednak nie urodziła dziecka w tak młodym wieku. To było później. Żeby nie wyszło, że jestem ignorant, zajrzałem do Wikipedii. W nadziei, że może nie jest tak źle. I co się okazało? Jest sto razy gorzej. Otóż zanim rzeczona Jadwiga poślubiła Jagiełłę, zaliczyła już, w wieku pięciu lat, i to całkiem konkretnie, innego zboczeńca. Aż się wzdragam przed opisaniem tego ohydnego zdarzenia, więc tylko przeklejam poniżej odnośny cytat: 15 czerwca 1378 została zaręczona z ośmioletnim Wilhelmem z dynastii Habsburgów. Odbyła się nawet ceremonia zaręczyn mających charakter formalnego ślubu pomiędzy dziećmi z pokładzinami (sponsalia de futuro). Nie do końca będąc pewnym, na czym polegają „pokładziny”, aczkolwiek pełen już jak najgorszych przeczuć, kliknąłem w nie. I oto co mi wyskoczyło: Pokładziny – wstąpienie do łoża i cielesne obcowanie małżonków w obecności świadków. Zgoda, od tamtych historycznych czasów nastąpił wielki postęp i królowie już nie mogą żenić się z dwunastolatkami. To przeszłość. Nie możemy przestępcy postawić przed trybunałem stanu. Jeśli natomiast chodzi o autora, który propagował pedofilię opisując wyczyny Jagiełły, niejakiego pedofila Sienkiewicza, ten też się wymknął wymiarowi sprawiedliwości - umarł. Ale książka jest! Tu i teraz! Mam ją w domu i nie wiem co z nią zrobić. Na razie zabezpieczyłem ją na poczet dowodu w sprawie. Okleiłem banderolą, przystawiłem datownik i dołączyłem oświadczenie, że od dzisiaj już do niej nie zaglądam. Mam nadzieję, że sąd uzna to za okoliczność łagodzącą. Prosiłbym odnośne władze (kościelne? świeckie? - To zresztą chyba już teraz to samo) o wskazanie punktu, w którym można deponować takie materiały do spalenia, bo jak się domyślam palenie książek będzie następnym krokiem naszych okupantów. I jeszcze coś. Jak sobie to przypomniałem, to aż mi skóra ścierpła. Zdjęcie. Mam w domu pedofilskie zdjęcie!!! W wielu rodzinnych albumach są fotografie gołych niemowlaków. Leży sobie taki bobas na skórze zdartej z jakiegoś zwierzęcia, pupą do góry (prowokacja!) Zdaje się, choć nie jestem tego już pewien, że i ja miałem kiedyś takie zdjęcie. Moje. To znaczy w sensie że ja je miałem i że ja na nim byłem. Nie mogę go znaleźć. To źle. Powinienem je natychmiast zniszczyć. A może lepiej zadenuncjować się samemu w prokuraturze i złożyć je jako corpus delicti? Niszczenie dowodów w sprawie to byłby dodatkowy zarzut. Wprawdzie dziecko na zdjęciu jest już dorosłe, i jestem nim ja sam, co więcej, nie roszczę do nikogo pretensji, nie czuję się z tego powodu molestowany ani nie mam urazu na całe życie, ale co to zmienia? Oskarżenie nastąpi przecież z urzędu. Tu zresztą nie ma co kombinować, materiał pedofilski jak znalazł. I zarzut potrójny: posiadanie, propagowanie (album kiedyś przeglądali znajomi) oraz udział w produkcji pornografii dziecięcej (uczestniczyłem jako model). Jednak najbardziej kompromitującym materiałem pedofilskim jest samo dziecko. Co tam jakieś podobizny. Żywe dziecko to jest dopiero obiekt dla brygady antyterrorystycznej. Powinni wpadać do każdego domu w którym są dzieci. To chyba jasne. To nic że, tak jak obrazy namalowane przez aresztowanego artystę, dziecko zostało spłodzone wcale nie z myślą o wywołaniu niezdrowego podniecenia. Ale przecież MOŻE wywołać (tak właśnie argumentuje prokuratura w kwestii inkryminowanych obrazów). Na wszelki wypadek zamknąłbym wszystkich rodziców, przynajmniej do wyjaśnienia sprawy. Tylko co wtedy zrobić z dziećmi? No cóż, tymczasowo można je oddać pod opiekę księży. Tam na pewno żadna policja nie ośmieli się ich zarekwirować. Będą zupełnie bezpieczne.
|