|
NASZ DOM KOSMICZNY Dom to synonim stabilności. Lecz nasz wspólny dom - Ziemia - jest zaprzeczeniem stabilności. Nasz dom kosmiczny jest w ciągłej podróży. Jest to dom wędrowny, samochód z turystyczną przyczepą. Czy ktoś z mieszkańców się zastanawia nad tym, że nigdy nie jesteśmy nieruchomi? Że nawet nie ruszając się z łóżka pędzimy przez czas i przestrzeń z naszą planetą, układem, galaktyką, grupą galaktyk? Pędzimy z szybkością przekraczającą wszystko, co jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, szybkością wobec której śmieszne są wszelkie rekordy odrzutowców czy rakiet. Jesteśmy większymi podróżnikami niż myślimy, wszyscy bez wyjątku, a ktoś, kto przechwala się, że właśnie wrócił z podróży dookoła świata, jest równie śmieszny jak pasażer pociągu, który chwaliłby się współpasażerom w przedziale, że był aż w sąsiednim wagonie. Jesteśmy podróżnikami? A może jest odwrotnie? Może się nie ruszamy, a Wszechświat pędzi, wiruje, kręci się wokół nas? To przecież zależy tylko od punktu widzenia. Nie ma ruchu absolutnego. Każdy ruch istnieje tylko w odniesieniu do czegoś. A ponieważ nie ma punktu stałego we Wszechświecie, nie ma żadnego centrum, więc odniesieniem może być wszystko, każdy dowolny punkt. Ziemia kręci się wokół Słońca? Zgoda. Ale równie dobrze można powiedzieć że Słońce, wraz z całym Wszechświatem, wiruje wokół Ziemi. Oba stwierdzenia są jednakowo uprawnione i jednakowo prawdziwe. Że Wszechświat jest większy niż Ziemia? A dlaczego kryterium rozmiaru miałoby decydować o tym - co ważniejsze? Czy duże nie może się kręcić wokół małego? Teoria względności właściwie anulowała odkrycie Kopernika. Możemy spokojnie wrócić do czasów geocentryzmu. Z jaką szybkością podróżujemy przez czasoprzestrzeń? Tego też nie da się obliczyć. Szybkość można ustalić względem czegoś. A tu nie ma żadnego czegoś. No chyba że obłok pyłu. „Przejście układu planetarnego przez przeciętnej wielkości obłok gazowo-pyłowy trwa od stu tysięcy do miliona lat. Biorąc pod uwagę ich [obłoków gazowo pyłowych] rozmieszczenie w Galaktyce i drogę słońca J.M. Greenberg wykazał, że sytuacja taka zdarza się co 110 milionów lat.” („Milczenie Wszechświata” Dworak, Paprotny, Sołtys, Wiedza Powszechna, 1997). Mała poprawka: nie tylko my jesteśmy w ruchu. Obłok też. Szybkość można zmierzyć w stosunku do czegoś nieruchomego, a poza domem (i w domu też) wszystko się rusza. Nie ma nic nieruchomego we Wszechświecie, więc nie wiemy tak naprawdę z jaką szybkością pędzi nasz dom, a my wraz z nim, to słowo szybkość traci sens poza domem. Wiemy tylko że pędzi. Dokąd? Na zatracenie, oczywiście, bo bez względu na to czy Wszechświat się kurczy czy rozszerza i kiedy nasze słońce się wypali, dom nasz nie ma przyszłości. Agenci ubezpieczeniowi nie mają tu czego szukać. Ich propozycje - kolonizacja kosmosu, przeniesienie się do innych domów (polisa A, najczęstsze oszustwo), to mrzonki, żerowanie na projekcji naszych domowych doświadczeń, bo tu możemy ewentualnie zmienić mieszkanko. Mieszkanka kosmicznego nie zmienimy. Zawalimy się razem z mieszkankiem. Spróbujmy opisać nasz dom kosmiczny i nasze w nim trwanie. Niewolnictwo zostało zniesione. Jesteśmy wolnymi ludźmi. Mamy Kartę Praw Człowieka. Jesteśmy wolnymi ludźmi? Ależ tak, oczywiście. Siedzimy sobie w klatce. Nasza klatka w przestrzeni to Ziemia. A nasza klatka w czasie – to długość naszego życia. Narodziny i śmierć to ściany naszej klatki. Jesteśmy więźniami naszej małej planety. Jesteśmy więźniami czasoprzestrzeni. Czasem próbujemy wystawić łapkę przez pręty klatki. Wysyłamy poza klatkę wołania. Grypsy do innych istot w ewentualnych innych klatkach. Czy dostajemy odpowiedź? Ależ tak, oczywiście. Odpowiedzią jest milczenie. Czy w naszym domu jest telefon? A jakże, jest. Czy udało nam się do kogoś dodzwonić albo odebrać chociaż jedną rozmowę? Nie. Dlaczego nasz telefon milczy? Czy inne cywilizacje nie mają telefonów? A może mają, tylko nie odbierają rozmów przychodzących? Wpisali nas na czarną listę? To znaczy, że mają dobrego nosa. Zadziwia precyzja, z jaką nasz domek się kręci. Jak można utrzymać taką równowagę, tak stałą szybkość przez tyle czasu? Nie można. Ziemia kręci się coraz wolniej. W skali pokolenia różnica niedostrzegalna, ale jeżeli spojrzeć na to odrywając się od naszej płaskiej, ludzkiej perspektywy, od razu widać, że kiedyś się przecież zatrzymamy – i dopiero będzie problem. A jeszcze zanim się zatrzymamy będziemy przez miliony lat zwalniać, i to też przysporzy problemów. Doba jest coraz dłuższa - wbrew temu, co mówią ludzie bardzo zajęci. Co nas hamuje? Według najnowszych doniesień naukowców – księżyc. Księżyc działa na oceany i to spowalnia obrót Ziemi. Księżyc... Nikt w układzie słonecznym nie ma tak wielkiego – proporcjonalnie – księżyca. Właściwie żyjemy na planecie podwójnej, której jedna część jest nie zaludniona. Księżyc jest zresztą prawdopodobnie (i znów teoria najnowsza, ale za jakiś czas może się okazać, że już nieaktualna) kawałkiem Ziemi, wybitym przez uderzenie dużego meteoru. I niewykluczone, że takie małe „bum!” się jeszcze kiedyś powtórzy. W naszym kosmicznym domu, wszystko się zdarzyć może, że strawestujemy piosenkę Magdy Umer. Będziemy wtedy żyli na planecie potrójnej. To znaczy nie będziemy żyli, bo raczej tego nie przetrwamy. Korzyścią będzie natomiast to, że na niebie będą pięknie wyglądały dwa księżyce. Nie wiadomo tylko, kto będzie je oglądał. Możliwe jednak, że księżyc zabije nas wcześniej, zanim zatrzyma nasze wirowanie, nasz kosmiczny piruet. Zabije nas w sposób bardziej prozaiczny. Wywoła globalną wojnę. Pokłócimy się o niego. Już teraz widać podchody tych, co by chcieli, co mieliby ochotę... Ale to dopiero zalążki. Stacje badawcze, uczeni, na razie jest to etap bezkrwawy. Dopiero kiedy technika sprawi, że księżyc naprawdę stanie się atrakcyjny, nie tylko strategicznie, ale i ekonomicznie (minerały) – i nagle okaże się, że jest on olbrzymim skarbem, który może dać władzę nad światem, wszyscy ci, którzy będą wystarczająco mocni, żeby po ten skarb sięgnąć – pokłócą się o niego. Czy wojny domowe - to znaczy globalne - się skończyły? Ależ nie! Były, są i będą. Jedną z nich będzie wojna o księżyc. Zanim mieszkańcy kosmicznego domu pokłócą się o księżyc i będą się w tej sprawie mordować, będą jeszcze, jak zwykle, kłócić się o to, co mają bliżej. O nasze szafy i spiżarnie. Szybko przecież zużyjemy to co jest, i to co jeszcze znajdziemy. Wykopiemy spod ziemi, spod morza. Już zaczynamy się spierać nawet o to, co w lodówce. Gaz i ropa naftowa są w dużych ilościach pod lodami Arktyki. Rosjanie, przy pomocy batyskafu umieścili flagę na dnie morza. Nikt tej flagi nie widzi? Nie szkodzi, powiewa sobie w wodzie i niech ryby ją oglądają. Grunt, że to „nasza” flaga. Bo to „nasz” szelf. Duńczycy też wysyłają wyprawę polarną. To „nasz” szelf. Kanadyjczycy protestują i też wysyłają. To „nasz” szelf! Sztaby naukowców udowadniają, powołują się na badania geologiczne, na historię, na prehistorię, na histerię... Przypomina mi się kolega z dzieciństwa, który wchodząc na kinder bal, tańcujące kakao, dziecięcą potańcówkę i tym podobne odpowiedniki dzisiejszych imprezek dla dzieci - ostentacyjnie lizał palec i dotykał nim po kolei wszystkich ciastek, krzycząc: „To moje. To moje. To moje!” Czy księżyc będzie kiedyś skolonizowany? Czy będziemy tam mieszkać na stałe? Raczej nie. Natomiast spełnia idealne warunki aby stać się ziemią odwetową. Bunkrem. Schronem. Oazą. Może pełnić rolę jaką podczas drugiej wojny światowej pełniła Szwajcaria, jaką od zarania dziejów pełnią tereny neutralne (oazy, miejsca święte, niektóre miejscowości kuracyjne) - tam walczące strony mogą bezpiecznie przechować łupy i samice. Może też być miejscem na schowanie armii odwetowej - tak jak wody pod lodami Arktyki w czasach Zimnej Wojny. Księżyc ma szansę stać się największym terenem neutralnym w naszej historii. Gdy tu na Ziemi będzie szalała wojna, tam najsprytniejsi będą sobie bezpiecznie siedzieć i obserwować. Tam będą łupy (technologie, najpotrzebniejsze sprzęty i surowce, cała ludzka wiedza, wszystkie zdobycze nauki, próbki genetyczne wszelkich ziemskich stworzeń, a zwłaszcza ludzi. Łupy i oczywiście samice. Tam przesiedzi bezpiecznie garstka samców alfa – najbezczelniejszych, najzaradniejszych, wśród nich może też kilku szczęściarzy, którzy znajdą się tam przypadkowo. I kilku technokratów, niezbędnych do odtworzenia cywilizacji. Mit o arce Noego proroczo opisuje mechanizm przechowania tego, co najważniejsze. Księżyc będzie taką postmodernistyczną Arką Noego. Przybudówką, domem zapasowym, bunkrem, piwnicą, domkiem na działce, w którym schronią się niedobitki spod gruzów domu prawdziwego. Czy nasz dom jest bezpieczny? Jeżeli nawet sami go nie zniszczymy, jego bezpieczeństwo jest mocno względne. Meteor, planetoida, wybuch supernowej, cokolwiek, jakiś banał. Czy z naszego domu można uciec? Czy też wszystkie drzwi są zamknięte? Jeżeli uciec, to niedaleko, najwyżej właśnie na księżyc lub w okolice, i to tylko dla wybranych. Podróże w przestrzeni międzygwiezdnej? Rojenia o skolonizowaniu kosmosu? Kolonizacja kosmosu - cóż za megalomański, infantylno-błazeński termin. Ależ Wszechświat ucieka z taką szybkością, że zanim dotrzemy tam, gdzie chcemy dotrzeć, to coś do czego chcieliśmy dotrzeć będzie już gdzie indziej, zresztą nie wiemy tak naprawdę gdzie co jest bo obraz innych domów dociera do nas po latach. Nie mówiąc już o tym, że opór materii międzygwiezdnej zatrzymałby nas skuteczniej niż zaspy śnieżne pieszego wędrowca przez zimową Transylwanię. Za to możemy wyrzucać poza klatkę jakieś kawałki. Kawałki naszego domu. To jakby małpa wystawiała łapkę przez pręty, nawoływała kogoś (inne małpy?) Czasem z fragmentem domu wysyłamy jego mieszkańca albo i kilku. Żeby posiedzieli na dachu - na orbicie - i rozejrzeli się. Jeżeli mieszkaniec nie należy do szczęśliwego gatunku homo sapiens - wyrzucamy go z domu na pewną śmierć. Tak postąpiliśmy, „w imię nauki” - z biednym małym mimowolnym bohaterem - psem Łajką. Warto by opisać, przynajmniej z wyobraźni, jak wyglądały jego ostatnie dni. Jak długo konał z głodu, lecąc w kawałku domu, w kosmicznej budzie, przez przestrzeń pozaziemską. Dni? Tygodnie? Co czuł? A potem zrobiliśmy z niego bohatera. Żyje na znaczkach pocztowych, okolicznościowych medalach, w encyklopediach. Wcale nie obłudne. Ta obrzydliwa eksmisja - wyrzucenie żywego psa na pewną śmierć - została dokonana w „w imię nauki”. Na co dzień też eksmitujemy. Najczęściej w ramach porządków. Z domu wyrzucamy przed świętami stary dywan i starego psa. A po świętach usuwamy prezenty pod choinkę, które się nie spodobały lub znudziły - szczeniaczki psów, ślepe kocięta i inne zabawki. Wyrzucamy koty z piwnic - niech zamarzają poza domem. Trujemy - skazując na śmierć w męczarniach - szczury i myszy. A zarazem niektórzy z nas maja w domu szczura przyjaciela i twierdza ze jest to inteligentne, pełne emocji i uczuć wyższych, przywiązane do człowieka zwierzątko - pełnoprawny mieszkaniec domu, obdarzony imieniem, własną miseczką, własnym kącikiem - domkiem. W naszym kosmicznym domu wszystko jest względne. Jak biegamy po domu, czyli przemoc domowa. Zabijamy poruszając się. Żadne inne zwierzę tak nie pędzi. Nie porusza się tak szybko i brutalnie. Stada bizonów czy mamutów nie tratowały tyle, co my tratujemy. Nasze szlaki wędrówek przecinają rewiry życia. Dzielimy pule genetyczne innych gatunków na coraz mniejsze. Wędrując, uniemożliwiamy wędrówki innym. Zabijamy też dosłownie. Miliony, a może miliardy, nikt tego nie liczy, kto by się taką bzdurą przejmował, przejechanych zwierząt. Psów, kotów, jeży, kun, i wszystkiego co miało nieszczęście znaleźć się w zasięgu naszego pędu. Naszego obłąkańczego pędu. Domy dla zmarłych. Inne gatunki niż nasz nie maja prawa mieć domków, a jeśli sobie coś zbudują to im to rozgrzebiemy, zasypiemi, rozpirzymy, ale my, my to co innego. My zasługujemy na dom nawet po śmierci. Nasze rozkładające się szczątki muszą być osłonięte przed deszczem, obudowane marmurem, opisane złotymi czcionkami i zwieńczone okolicznościową rzeźbą. To dodaje nam powagi. A tak naprawdę, gdzie jest cmentarz w naszym domu? Cmentarz jest wszędzie, oczywiście. Kapuściński w „Imperium” pisze: „jeżeli nawet uskoczymy w bok to też będziemy na kościach.” Chodzi o teren dawnych gułagów. Ale tak naprawdę to zdanie dotyczy nie tylko gułagów. Dotyczy całego naszego domu. Gdzie nie stąpniemy, tam pod nogami będą kości. Co jeszcze jest pod nogami? Nasz dom ma wnętrze. Co się tam dzieje - wiemy tylko hipotetycznie. Nikt nie przekopał się na drugą stronę Ziemi, choć były takie plany. W każdym razie coś tam buzuje. Naszym domem jest nie tylko przestrzeń, ale i czas. Staramy się zbudować ściany domu z ogrodzeń czasowych. Odcinamy się w ten sposób od chaosu. Początek naszej ery. Trzecia Rzeczpospolita - to rozpaczliwie sklecone, z czego popadnie, ściany naszego domu w czasie. Czas nas przeraża jeszcze bardziej niż wichura i deszcz, i dlatego stajemy na głowie, żeby się przed czasem obronić. Pęd przez czas jest pędem na zatracenie, i staramy się ten pęd wstrzymać. Budując jakąś tam klatkę, klitkę, lepiankę z granic czasu, dajemy sobie złudzenie, że wewnątrz niej - czas się zatrzymał. Że w środku jesteśmy bezpieczni nie tylko od ataków przestrzennych, ale i od staczania się w starość i w śmierć. Jak każdy szanujący się dom, również nasz dom kosmiczny ma swoje ognisko domowe, tylko nie bardzo już wiadomo, co nim jest. Kiedyś było nim centrum - dwór władcy, w który wpatrywaliśmy się jak w ogień na kominku. Nasze ognisko domowe przesunęło się stopniowo sprzed kominka, zza wspólnego stołu, bliżej radia z magicznym okiem, potem telewizora, a ostatnio ekranu komputera. Schron w domu. Od czasu gdy flota rosyjska przepłynęła pod lodami Arktyki zmieniła się koncepcja strategiczna Stanów Zjednoczonych. Wiadomo już było, że po uderzeniu nuklearnym przeciwnik może schować flotę odwetową pod lodami. Tam jest nasz domowy schron, nasz mały ziemski księżyc. Ale oczywiście w razie potrzeby i to zniszczymy. Nasza domowa kuchnia. Ano właśnie. Gdzie jest kuchnia w naszym domu? Kuchnia jest wszędzie, oczywiście, we wszystkich pomieszczeniach. Dostawa pizzy do naszego - domu - to energia naszej gwiazdy. Wszyscy konsumujemy nasz dom i konsumujemy naszą gwiazdę. Ile materii domu już przerobiliśmy? Ta domowa konsumpcja rozkręca się. W jakim tempie? w tempie kosmicznym, oczywiście. Przez miliardy lat pozostawialiśmy w domu tylko kości i geny. Teraz zostawiamy kości geny i śmieci. Czy dostawa pizzy może się skończyć? Jasne. Wystarczy wojna nuklearna, albo meteor, albo jeszcze bardziej prozaicznie - wybuch wulkanu. Nasz dom w czapie z pyłów. Nasz dom uduszony - bez promieni gwiazdy. Bez dostawy pizzy. My zagłodzeni. Zjadający wszystko co żyje, a na końcu siebie samych. Skoro jest jadalnia, musi być w naszym kosmicznym domu również toaleta. A zsyp? A jakże, też jest. Nasz domowy śmietnik i kloaka - to przyroda. Oceany, lasy, pola. To nasze wysypiska, na których żyją przymusowo inne zwierzęta. Mniej sprytne, mniej drapieżne - czymże jest rekin w porównaniu z homo sapiens? Niewinnym barankiem. Naszym domem jest też ubranie, osobistym domkiem, skorupą ślimaka którą nosimy na sobie zawsze, inaczej spalilibyśmy się ze wstydu. Lecz naszym najtwardszym domem jest nasz domy psychiczny. przekonanie o wyjątkowości, antropoegoizm, złudzenie posiadania „duszy” - to jest nasz dom najtrwalszy, który nosimy niczym pancerz, i który chroni nas skutecznie przed całym światem - i nami samymi.
|