|
LOGISTYKA PIELGRZYMKI tekst opublikowany w tygodniku Polityka w roku 2003, ale wciąż aktualny:) Grupa składa się z kilkuset osób. Jeżeli zbytnio się rozrasta, szefowa zapisów kieruje do innych. Grupy powinny być podobnej wielkości. Pięciotysięczna Warszawska Akademicka Pielgrzymka Metropolitalna podzielona jest na 4 legiony, każdy wędruje nieco inną trasą, żeby nie obciążać tej samej okolicy. Pielgrzymka to także struktura, instytucja z wewnętrznym porządkiem. Na czele idzie znaczek. Znaczek to jest zarówno samo insygnium (herb grupy na drążku) jak i osoba, która je niesie. W ogóle w pielgrzymkowym słowniku nazwy mają tendencję do rozlewania się z przedmiotów na ludzi. W pierwszym szeregu za znaczkiem idą: brat tempak, który nadaje tempo marszu, oraz drut, czyli przewodnik. Druty wiedzą wszystko: gdzie posiłek, o której nocleg. Nie należą do grupy, są formacją na szczeblu całej pielgrzymki. Mają własną łączność, krótkofalówki z antenkami (stąd nazwa druty; raz drutem była siostra, więc nazwano ją szprychą), a niektórzy mają słuchaweczki w uszach jak BOR. Następnie tubowy, z tubą zwróconą do tyłu. Rolę tuby trudno przecenić. Pierwszy raz tub użyto w pielgrzymce paulińskiej, zanim jeszcze zaistniała akademicka. Gdy w 1957 r., po powrocie z internowania, prymas Wyszyński pojechał do Rzymu, przywiózł (jako kardynał w randze ambasadora Watykanu nie podlegał kontroli celnej) siedem nowoczesnych tub z mikrofonami. Wcześniej liczebność grup znacznie utrudniała wspólne modlitwy i śpiewy. Po przybyciu tub przeor podzielił pielgrzymkę na siedem grup. Każda z nich, licząca około tysiąca osób, otrzymała swoją tubę. Stąd popularna wówczas nazwa pielgrzymki – Siódemka. Tuby umocowano rzemieniem na kijach od kosy i tak się je wtedy niosło. Obok tubowego w pierwszym rzędzie idą bracia i siostry z wózkami dziecięcymi. Przy końcu grupy idzie druga tuba, zwrócona do przodu oraz zwijacze ogona, którzy pilnują maruderów. Na samym końcu idzie konfesjonał, czyli ksiądz, który spowiada. Spowiedź odbywa się w marszu, spacerkiem. Dobrze jest się wyspowiadać komuś, kogo się choć trochę zna. SANDAŁOWCY I ZAMSZAKI Wieczorem na postoju, gdy inni już jedzą i odpoczywają, siostry szarytki rozkładają ceratę na ziemi, szykują igły do przekłuwania bąbli, maść, „święte oleje”. Przy świetle latarek odbywa się zabieg reanimacji nóg: smarowanie popękanej skóry, odparzeń, odcisków, uczuleń. Nogi jak nowe! Samemu bąbli lepiej nie przebijać. A już jeżeli, to nie wyrzucać igieł na łąkę, bo krowa zje i zdechnie. Igieł do przekłuwania bąbli sama tylko Warszawska Akademicka Pielgrzymka Metropolitalna zużywa ok. 4 tys. (średnio 3 na stopę), tabletek przeciwbólowych 18 tys. Nogi są cichymi bohaterami pielgrzymki. Muszą przejść po 30 km dziennie. Basia ma w nogach 2000 km (siedem pielgrzymek), Żaneta – 1200 km, Paweł ok. 2000 (mniej pielgrzymek niż Basia, ale jako porządkowy chodzi więcej, a czasem biega). Damian idzie w tym roku po raz czwarty. Jest także porządkowym. Basia i Żaneta należą do sandałowców. Adepci szkoły przeciwnej przekonują, że przez dziury w sandałach wpada piach, sandałowcy odpierają, że przy grubych skarpetach nie wpada, a dzięki temu, że jest przewiew, noga się nie odparza. Poza tym po deszczu w krytych butach ma się murowane bąble. Z kolei sandały słabiej amortyzują. W gruncie rzeczy jest to wybór między bólem bąbli a bólem stawów. Paweł nosi stare skórzane buty dobrej firmy. Damian – zwykłe zamszaki. Trudno rozstrzygnąć o wyższości takich czy innych butów, ale są dwa pewniki: buty muszą być solidnie schodzone i mieć grubą podeszwę. – Przy wyborze konieczny jest zdrowy rozsądek i dodatkowe buty – konkluduje Paweł. Idzie się głównie asfaltem. Jeszcze 20 lat temu 60 proc. trasy prowadziło drogami leśnymi. Droga po nierównym, zwłaszcza po piachu, jest jednak bardzo uciążliwa. Ale szosa też ma swoje wady. Po kilku dniach asfalt atakuje. Odbija żar lejący się z nieba. Przede wszystkim jednak napada swoją twardością. Choćby mieć nie wiem jak grube podeszwy, po tysiącach kroków czujemy, jak uderza nas w stawy, w kręgosłup, w głowę. Atakuje też psychikę – nabiera się niechęci do asfaltu. Zapach, którego się z początku nie czuło, staje się wstrętny. Asfalt powoduje uczulenie, tzw. asfaltówkę. Pielgrzym ma zapas wapna, pije je z herbatą, wodą, sokiem. A i tak na nogach pojawiają się wysypki. Wysmarowane maścią nogi są białe. Basia idzie z nogami nie tylko białymi, lecz również obandażowanymi w kolanach i w kostkach, bo oprócz uczuleń gnębią ją bóle stawów. – Kontuzje z pielgrzymki potrafią się odzywać przez cały rok – mówi. MENUET I SACRUM SILENTIUM Godz. 4.30 – pobudka (porządkowi, oczywiście, wstają wcześniej). Godz. 5.30 – wyjście. Między 5.30 a 9 – pacierz poranny, godzinki i wreszcie msza św. – centralny punkt każdego dnia. Potem konferencja poranna, Anioł Pański, odpoczynek, koronka do Miłosierdzia Bożego, intencje, różaniec, konferencja popołudniowa. Konferencja to rodzaj kazania, wygłaszanego przez Księdza Przewodnika, na tematy związane z hasłem pielgrzymki w danym roku, na przykład „Poznać Chrystusa”. Pod wieczór jest zawsze 15 minut dla siostry i brata, czyli interesujemy się osobą, która idzie obok nas (brak statystyki, ile par małżeńskich w ten sposób się poznało). Po kolacji – apel, wspólna modlitwa połączona ze śpiewem. W chwilach wolnych od modlitw pozytywnej energii dostarcza kilkuosobowa grupa muzyczna (w tym Żaneta i Basia). Uwiązane do wzmacniacza – jak same o sobie mówią – śpiewają, czasem tańczą (na ile pozwala kabelek). Potrafią tak rozruszać, że po 30 km marszu grupa jeszcze odtańczy menueta na łące albo przejdzie przez całą wieś w rytmie poloneza. Śpiew to inna forma modlitwy, kto się modli śpiewem, ten modli się dwa razy, śpiew jest ciągłym chwaleniem Boga – podkreśla Żaneta. Gdy dość jest już dźwięków, Ksiądz Przewodnik zarządza sacrum silentium – czas na samodzielną kontemplację. NAMIOTOWCY I STODOŁOWCY Duży plecak jedzie na ciężarówce (pierwszego dnia należy wpłacić 10-20 zł na kierowcę) i co wieczór czeka w miejscu noclegu. W dużym plecaku Basia ma 10 foliowych woreczków, w każdym dzienna dawka: koszulka, bielizna, skarpetki. Dzięki temu nie trzeba o świcie nerwowo grzebać w poszukiwaniu kolejnych części garderoby. Nauczyła się tego od Żanety i Pawła, którzy wypraktykowali to w czasie górskich wędrówek. Do tego długa sukienka, spodnie albo bermudy. I bardzo ważne: miska i wiaderko. W małym plecaku są zapasowe skarpetki na wypadek deszczu. W małym jest też woda, jedzenie, krem przeciwsłoneczny i ponczo, czyli rodzaj najprostszej, plastikowej peleryny. Oraz papier toaletowy, używany do wszystkiego, jako ręcznik, ściereczka, chusteczka do nosa, no i oczywiście w swym podstawowym zastosowaniu, najczęściej w sławojkach u gospodarzy. Na dnie dużego plecaka jest też strój na wejście do Częstochowy ostatniego dnia pielgrzymki. Taki trochę elegantszy, ale bez szaleństw. Dopasowany do koloru grupy. Do tego w dłoni każdy będzie dzierżył mieczyk, też pod kolor. Oczywiście mieczyk kwiat. Pielgrzym w zasadzie nie ma natomiast papierosów, aczkolwiek czasem dyskretne kłęby dymu dobywają się z najmniej oczekiwanych miejsc; pierścionków, bo puchną palce; włączonej komórki, wolno włączyć dopiero wieczorem, na biwaku, słychać wtedy ze wszystkich stron: Tak mamo, wszystko dobrze, nie martw się, mamo! Ma natomiast jeszcze kartę pielgrzyma. Jest to skrzyżowanie paszportu, książeczki zdrowia (informacje o lekach, szczepieniach, chorobach), modlitewnika, planu podróży i podręcznego regulaminu, z którego dowiemy się, że nie wolno spożywać alkoholu, jeść lodów (chodzi o zatrucia), że strój musi być stosowny do okoliczności: ramiona zakryte, spodnie przynajmniej do kolan. Nie wolno rozpalać otwartego ognia (o wrzątek rano prosi się gospodarzy). Nie wolno kupować u handlarzy obwoźnych, którzy ciągną za pielgrzymką. Chodzi o to, żeby na trasie jeść to, co przygotowali gospodarze, nawet jeśli to jest kolejna zupa pomidorowa. Wszyscy zgodnym chórem mówią wtedy, że to najlepsza zupa pomidorowa. Zakupy wolno robić tylko w wyjątkowych sytuacjach i tylko w miejscowych sklepikach – chodzi o to, by jeśli już kogoś wspomóc, to raczej miejscową ludność. Gościna jest na ogół w stodołach. Tu również rysują się dwie frakcje: namiotowcy i stodołowcy. Damian jest zwolennikiem spania w stodole. Nie trzeba rozkładać i składać. Oczywiście, są minusy: czasem śpi się na betonie, bo nie wypada rozrzucić siana pięknie poukładanego pod sufit. W namiotach i stodołach obowiązuje separacja płci. Porządkowi wchodzą w nocy z latarkami i sprawdzają, nie za często oczywiście, raz na początku wędrówki i potem raz w środku. KABELKI I KONSYSTENCJA Bez kabelka nie ma pielgrzymki. Kabelek pełni rolę nie tylko przekaźnika, lecz i barierki. Grupa idzie prawą stroną drogi, w kilkuosobowych szeregach. Lewa wolna! Ta wojskowa komenda rozbrzmiewa za każdym razem, gdy grupę mija samochód. Tylko porządkowi (i oczywiście Ksiądz Przewodnik) mają prawo przebywać po lewej stronie kabelka, który ciągnie się przez całą długość grupy, podtrzymywany przez kabelkowych. Nie wolno doganiać swojej grupy, idąc lewą stroną – maruderzy muszą się trudzić prawym poboczem. Nie wolno przechodzić na lewą stronę, aby się poczęstować jabłkami, które gospodarz wystawił przed dom (w takim wypadku porządkowi przenoszą poczęstunek na prawą stronę). Rozwijanie i zwijanie kabelka to czynność, która punktuje wymarsz i dojście do celu. Kabelek musi być zawsze lekko napięty. Nie może ciągnąć się po ziemi. Kabelkowi go podtrzymują i jest to ważna funkcja, do której nie brak chętnych. Wzmacniacz idzie w środku, jest punktem centralnym. Do niego podłączone są tuby, mikrofony, do niego prowadzą wszystkie kabelki. Jest punktem odniesienia w komendach – np. wyprzedzamy wzmacniacz! – gdy w przedniej części grupy powstała dziura i trzeba ją łatać. Konsystencja grupy jest bowiem czynnikiem ważnym. Porządkowi muszą panować nad konsystencją. Ani za gęsta, zbita, ani zbyt rzadka, bo się robią dziury. Grupa gęstnieje, gdy idzie pod górkę, rozciąga się i rzednie, gdy schodzi. Wówczas pracują zwijacze ogona – porządkowi popędzający tylne szeregi. W skrajnych przypadkach, jeżeli grupa zaczyna się rwać, porządkowi stosują radykalny zabieg: zatrzymanie czoła i poczekanie, aż reszta dobije. Oczywiście jak najrzadziej. Bo to wybija z rytmu marszowego. Ze względu na swą radykalność zabieg ten zwany jest amputacją, choć według innej szkoły (język pielgrzymki jest płynny) amputacja to podzielenie grupy, np. odcięcie ogona, gdy nie da się w całości przejść przez ruchliwą drogę lub przejazd kolejowy. Przewodnicy trasy mają wprawdzie obowiązek skontaktować się wcześniej z dróżnikami, wziąć od nich rozkład i tak planować marsz, żeby grupa dochodziła do torów, gdy żaden pociąg nie przejeżdża, lecz nie zawsze się to udaje. Przeprowadzić kilkaset osób przez tory nie jest sprawą łatwą. SZOP i GEESY Porządkowi mają pomarańczowe kamizelki, gwizdek, kierujący ruchem także zieloną i czerwoną chorągiewkę. Gdy z tyłu nadjeżdża samochód: dwa gwizdy, machnięcie chorągiewką do porządkowego z przodu; jeżeli w odpowiedzi jest machnięcie zieloną, znaczy, że z naprzeciwka nic nie jedzie, więc okrzyk lewa wolna! i przepuszczamy samochód. Przedni chorągiewkowy musi wybiegać na wzniesienie lub zakręt, jeśli nie jest pewny, czy droga wolna. – Stresujące są kwestie bezpieczeństwa – mówi Damian. Czasem grupę mijają ciężarówki, nawet tiry. Czasem piraci drogowi. Na biwaki nie dopuszcza się samochodów rodzin. W ogóle rodziny mają zakaz odwiedzania, a jeżeli już, to muszą zostawić samochód kilometr od biwaku. Zmęczeni ludzie i zdezorientowani kierowcy szukający bliskich to niedobra mieszanka. Samochody rodzin zatrzymuje SZOP, czyli – służba zabezpieczenia odpoczynku pielgrzymki. Ważną funkcję pełnią grupy specjalne, czyli GS. Wywodzą się z kontrwywiadu, ustanowionego w czasach, gdy pielgrzymkę infiltrowała ubecja. Teraz zajmują się po prostu bezpieczeństwem na szczeblu całej pielgrzymki, między innymi ostrzegają przed złodziejami, którzy próbują się wmieszać w szeregi. Składają się z harcerzy. Nawykli do dyscypliny, są jednocześnie zwykłymi pielgrzymami. Na szczeblu całej pielgrzymki działają też inne służby, takie jak kwatermistrzostwo, łączność, ekolodzy. Podlegają bezpośrednio Księdzu Przewodnikowi pielgrzymki. PRZYGODA I WIARA Czym jest pielgrzymka? Jeśli odrzucimy jej aspekty ziemskie – szkoła przetrwania, obóz harcerski, urlop wędrowny – co zostanie? Moment wyciszenia, podsumowanie roku, naładowanie akumulatorów, psychoterapia grupowa, lekcja solidarności i życzliwości? – To wszystko też, ale to nie najważniejsze – prostują zgodnie Żaneta, Basia, Paweł i Damian. – Pielgrzymka jest okazją do ujrzenia skumulowanego dobra – wyjaśnia Damian. – Można zobaczyć dobro, którego się nie widuje na co dzień, w takim stężeniu, o jakim się nie śniło. – Nikt się nie obnosi z patosem, chociaż sytuacje są patetyczne – dodaje Basia. Np. gdy z dala od drogi czeka staruszka z garnkiem zupy, po który się idzie, chociaż już się wszyscy najedli, bo byłoby to dla niej okrutną, niezasłużoną przykrością, gdyby od niej tej zupy nie wziąć. Albo intencje modlitewne. To nie są tylko prośby egoistyczne o zdanie matury, ale też np. takie, żeby sąsiadka Ela była zdrowa. Damian: – Można zostać napromieniowanym dobrocią. To jest niesamowite. I nawet trochę niebezpieczne, bo z pielgrzymki wracasz rozbrojony, ufny, i ktoś może to wykorzystać. Paweł: – Człowiek wraca nie tyle rozbrojony, co zdystansowany. Łajdactwa nie złoszczą, raczej śmieszą. Ten, kto jest wybuchowy, staje się bardziej zrównoważony, a nieśmiały bardziej otwarty. – Docenia się powrót do cywilizacji – dodaje Basia. – Przede wszystkim jednak pielgrzymka odrywa nas od czasu. Wychodzimy z czasu linearnego i wkraczamy w czas kołowy, sakralny, czas z czasów, gdy ludzkość nie miała jeszcze świadomości czasu. Jest to ulga od banału i bezsensu. Ulga od cierpienia. Ulga od wszystkiego. Żaneta: – Przeżycie religijne przychodzi później, w trakcie myśli się raczej o tym, że się nie ma siły i że by się usiadło. Paweł: – Jest w tym coś więcej, skoro się przez cały rok tęskni do tego sierpnia. Za czym się tęskni? To wyższy stopień wchłonięcia wiary, okazja do doznań ekstatycznych, odmiennych stanów świadomości. Kiedyś poczułem, że kocham wszystkich w grupie jak własną trzyosobową rodzinę. To trwa ułamek sekundy, ale warto iść 10 dni, żeby to poczuć. Czy w pielgrzymce są niewierzący? – Nie sądzę – mówi Paweł. – Chyba niewierzący by tego nie wytrzymał. To byłyby dla niego bardzo perwersyjne wczasy pod gruszą. Dlaczego idzie się pierwszy raz? Najczęściej z ciekawości, z namowy kolegów, z tradycji rodzinnej. Ale tak naprawdę idzie się z głodu. Z głodu Boga. Żeby naładować duchowe baterie. – I każdy taką decyzję podejmuje sam w sercu – podkreśla Paweł. Co roku wyrusza także pielgrzymka duchowa. To ci, którzy z różnych przyczyn nie mogą pójść, chociaż bardzo by chcieli. Oni słuchają pilnie radiowych informacji o pielgrzymce realnej, oglądają wiadomości w telewizji. Ich udział polega na modlitwie. Żaneta, Basia, Paweł i Damian chętnie opowiadają o pielgrzymce, ale podkreślają, że tak naprawdę tego się nie da zrozumieć, jeśli się samemu nie przejdzie całej trasy. Od placu Zamkowego w Warszawie do kaplicy z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. Ani metra mniej.
P.S. Po ukazaniu się tego tekstu jego bohaterowie wpadli w furię. Tak, ci sami ludzie - ktorzy tak pięknie opowiadali jak to na pielgrzymce zostali napromieniowani dobrocią i jakich to ekstatycznych doznań pod hasłem miłości bliźniego doznali wędrując do sanktuarium - nagle odkryli swoją prawdziwą twarz. Z furią doprawdy dziwną u osób które podają się za katolików atakowali mnie, twierdząc że wypaczyłem ich wypowiedzi i ośmieszyłem w moim artykule ich świętą ideę pielgrzymowania. Po ich atakach poczułem się, mówiąc ich językiem - napromieniowany. Tyle że nie miłością, ani sympatią, ani nawet obojętnosćią - tylko nienawiścią jakiej nie powstydziliby się zbrodniarze Świętej Inkwizycji.
|