|
HYCEL W SKÓRZE OBROŃCY ZWIERZĄT
Nazywa się Mateusz Janda. Albo Jacek Fic. Albo Mateusz Parobczak. Albo jeszcze inaczej. Dokładnie nie wiadomo. Zmienia nazwiska jak rękawiczki. W jednym z warszawskim sądów toczy się przeciwko niemu postępowanie karne w sprawie związanej z narkotykami. W Biurze Ochrony Środowiska w Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawy są grube segregatory ze skargami na niego. A mimo to jego firma prosperuje. Firma przebrana jest w strój organizacji pożytku publicznego. Pracownicy firmy poprzebierani są w mundury. Mundury mają zmylić ludność. Mają sprawić wrażenie, że jest to jakaś służba państwowa, jakiś oddział Straży Miejskiej, któremu, oczywiście, obywatele muszą się podporządkować. Jak dowiaduję się od przedstawiciela prawdziwej Straży Miejskiej, ludzie często biorą przebierańców hycla właśnie za Straż Miejską. U tych, którzy oglądają kanał Discovery, mundury mają wywołać wrażenie, że chodzi o polską filię brytyjskiej RSPCA - Royal Society for the Prevention of Cruelty to Animals. Królewskiego Towarzystwa dla Zapobiegania Okrucieństwu wobec Zwierząt. A o co chodzi tak naprawdę? Tak naprawdę, oczywiście, chodzi o... nie, bron boże, wcale nie o pieniądze! Skądże? Po prostu o dotacje i darowizny w złotówkach. Jak się odnosi korzyści ze zwierząt? Jest wiele sposobów. Rzeczony Mateusz Janda alias Jacek Fic alias nie wiadomo kto wpadł na pomysł genialny. Pójść na całość. Nie jakieś tam pseudoschronisko, nie jakaś tam wykańczalnia bezpańskich psów za którą płaci jedna gmina, tylko - ogólnopolska Straż dla Zwierząt. Co najpierw? Najpierw się uwiarygodnić. Kilka spektakularnych akcji, odbieranie koni z jakiejś zaniedbanej stadniny przy błyskach fleszy, w obecności ekip telewizyjnych. Zjednać sobie media. Do tego celu służą nagrody dla dziennikarzy. Statuetki. Coś jakby Oskary. I to działa! Dziennikarze obdarowani taką statuetką wypisują entuzjastyczne teksty, całkowicie sprzeczne z interesem zwierząt ale za to zgodne z interesami hycla w skórze obrońcy. Hycel ma swojego attaché de presse, który potrafi utrzymywać dobre kontakty z mediami. Przykład z Warszawy. Ulica Broniewskiego. Mieszkańcy skarżą się na rzekome niedogodności związane z kotami w piwnicach. Oczywiście nie wszyscy mieszkańcy, tylko ci najbardziej agresywni i hałaśliwi. Przyjeżdża wezwana przez Administrację Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej tzw. Straż dla Zwierząt. Akcja jest wyjątkowo brutalna. Część kotów ginie od stresu. W piwnicach zostają zadrutowane kocięta których matki wywleczono na dwór. Panie, które przedtem te koty dokarmiały zostają odsunięte, nikt nie ma wstępu, teren piwnic zamknięty na kilka dni. Trwa pacyfikacja! Koty trzeba przegłodzić, żeby łatwiej było je wywlec. Dozorca współpracuje, wynosi martwe koty i w nocy wrzuca do kontenera ze śmieciami. Hycel ma jednak pecha, sprawa zostaje nagłośniona. Na specjalnym spotkaniu w Urzędzie miasta hycel się nie pojawia, pojawiają się natomiast przedstawiciele administracji. Jest ich kilkoro, wściekle bronią swojego postępowania, zakrzykują wszystkie inne obecne osoby, w sprytny sposób nie dopuszczają do drążenia tematu. Jednak jednej z pracownic administracji, Annie Kulce, wymyka się o jedno zdanie za dużo. Zdanie to brzmi: „nawet mu nie zapłaciliśmy”. To oczywiste, że w grę musiała wchodzić zaplata. Żaden hycel na świecie nie pracuje za darmo. Nawet taki, który próbuje się upodobnić do Royal Society for the Prevention of Cruelty to Animals. Napisałem zapłata? Błąd! Jaka zapłata! Oficjalnie nazywa się to dobrowolna darowizna na rzecz zwierząt. W imieniu zwierząt takie darowizny przyjmuje hycel. Mechanizm można dobrze prześledzić na przykładzie krakowskiego przypadku z zarekwirowanym koniem. Straż dla Zwierząt odebrała maltretowane konie. Po czym końmi zaopiekował się pewien człowiek, nazwijmy go X. Odchuchał je, odkarmił, wyleczył. Przywiązał się do nich. Zapragnął się nimi opiekować już na stałe. Pewnego dnia przyjeżdżają do niego mundurowi ze „Straży dla Zwierząt” i odbierają konie. X prosi by je zostawić, zobowiązuje się o nie dbać. Hycel proponuje mu handel wymienny: za każdego konia płaci pan osiemset złotych. X zapłacił za jednego, na więcej go nie stać. Co z resztą koni? Czy i gdzie zostały przekazane? Wszystko jest fasadowo zgodne z prawem. Koń został panu X „podarowany”, a obdarowany w zamian za podarunek obdarował darczyńcę. Coś jak rytualna wymiana prezentów. Ale stan faktyczny jest oczywiście taki: koń został sprzedany. Ale w rachunkach tzw. „Straży dla Zwierząt” nie ma oczywiście pozycji „sprzedaż konia za osiemset złotych”. Jest tylko pozycja: „darowizna od X na rzecz wspomagania zwierząt - 800 zł”. Ciekawe, czy jest już pozycja: „darowizna od Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej na rzecz mordowanych kotów?” Chyba tak, skoro tak chętnie hycel podejmuje się kolejnej akcji dla tej samej spółdzielni. Już za kilka dni, na siedemnastego lipca, hycel zapowiada kolejną pacyfikację na warszawskim Żoliborzu, tym razem przy ulicy Kochanowskiego 14. Sprawa kotów to tylko jeden z wielu wyczynów watażki w mundurze. Sprytnie wyczuł on koniunkturę na pozbywanie się zwierząt z osiedli mieszkaniowych, zwłaszcza tych zasiedlonych przez „Warszawiaków” którzy pragną za wszelką cenę odgrodzić się od przyrody, zwierząt, i wszystkiego co przypomina im wiejskie korzenie i kojarzy się z brakiem cywilizacji. Jeden z takich mieszkańców „argumentuje”, że koty mu przeszkadzają bo jego żona trzyma w piwnicy drogie, „prawdziwe” futro, i to futro „przejdzie zapachem kotów”. Na takim gruncie powstała symbioza: z jednej strony spółdzielnie mieszkaniowe, pragnące pozbyć się „problemu”. Z drugiej strony - hycel ze swoją firmą. Hycel zjawia się i robi swoje, wbrew wszelkim przepisom. Wbrew przepisom o ochronie zwierząt, paragrafom o znęcaniu się nad zwierzętami, wbrew opinii Komisji Dialogu Społecznego, która daje wyraźne wytyczne dla wszystkich organizacji pożytku publicznego jak mają w takich sytuacjach postępować. Zgodnie z tymi wytycznymi nie wolno odławiać kotów, które mieszkały w piwnicach. Administracja powinna wydzielić pomieszczenie tak aby koty nie chodziły po całym terenie piwnic, tylko miały dostęp do jednego pomieszczenia przez otwarte okienko. Dzięki temu panie, które są zarejestrowane w Urzędzie miasta jako karmicielki i opiekunki mogą skutecznie kontrolować populację kotów, wozić je na sterylizacje, usuwać nieczystości. I w niektórych spółdzielniach mieszkaniowych taka cywilizowana forma koegzystencji ludzi i zwierząt przyjęła się i dobrze funkcjonuje. Ale oczywiście prościej jest wezwać hycla i mieć raz na zawsze problem z głowy. Zwłaszcza jeżeli się, prywatnie, nienawidzi zwierząt. Anna Kulka z Administracji Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej w rozmowie ze mną powiedziała wyraźnie: „nie chcę słyszeć o tym całym zoo!” Prywatnie. Ważne słowo. Wszyscy biorący udział w tym procederze powołują się na to, że dzieje się to na terenie prywatnym. Otóż nie jest to żaden argument. Nie wolno w prywatnym mieszkaniu katować żony, a w prywatnej piwnicy mordować kotów. Przestępstwo jest przestępstwem bez względu na to gdzie zostało popełnione. Nawet gdyby wszyscy właściciele piwnic wyrazili na to zgodę. Co zresztą nie jest prawdą. Ponad sto osób spośród mieszkańców podpisało się pod protestem przeciwko akcji hycla. I co? I nic. Hycel działa dalej. Inny pseudoargument: celem akcji nie jest zabijanie kotów, tylko ich „wyprowadzenie”. Przypomina to starą sądową anegdotkę. Oskarżony tłumaczy się: Wysoki Sądzie, ja wcale nie miałem zamiaru zabić żony, chciałem ją tylko wyprowadzić z pokoju, skąd mogłem wiedzieć, że uderzenie siekierą w głowę pozbawi ją życia? To nie było moim zamiarem! Czy tylko na „niezamierzonym” mordowaniu zwierząt można odnosić korzyści? Ależ skądże! Można jeszcze odnosić korzyści z zaniechania akcji, które się ma obowiązek przeprowadzić prowadząc organizację pożytku publicznego, można sprzedawać zarekwirowane zwierzęta, można trzymać w piwnicy pod biurem skonfiskowane, chore zwierzaki i nie udzielać im pomocy lekarskiej. Można wypożyczać prywatnym osobom sprzęt hyclowski - pętle na wysięgnikach, klatki-pułapki, wszystko oczywiście za opłatą. Można pobierać dotacje od państwa i datki od prywatnych osób. Można bazować na bezpłatnej pracy wolontariuszy. Można dużo. Po prostu raj. Zwłaszcza że gdy się raz wykombinowało wpis w sądzie że nie ma się prywatnej firmy, tylko organizację pożytku publicznego, można robić co się chce. Cofnięcie takiego wpisu wymaga decyzji sądu, a sądy, jak wiadomo, są może i sprawiedliwe, ale bardzo nierychliwe. Organizacja hycla rozwija się aż miło, filie pączkują, hycel otacza się właściwymi ludźmi. Wciąga nawet polityków i naukowców. Pobiera dotację z Unii Europejskiej i wynajmuje za te pieniądze znanego profesora z Polskiej Akademii Nauk do pisania projektu ustawy o ochronie zwierząt. Wśród propozycji pozytywnych próbuje się tam przemycić przepis, który pozwala każdemu, nie tylko weterynarzowi, ale zwykłemu obywatelowi, na dokonanie „we własnym zakresie” eutanazji zwierzęcia, które zdaniem tego obywatela odczuwa cierpienie. Zamiast więc dzwonić po straż miejską lub leśną, lub po prostu na numer 112, jak to było w dotychczasowych przepisach, obywatel mógłby teraz, gdy zobaczy potrąconego przez samochód psa, całkowicie legalnie chwycić za kosę, kłonicę, cep, kij bejsbolowy, klucz francuski czy co tam ma pod ręką i tłuc go aż „skróci jego cierpienia”. I oczywiście to samo, tylko bardziej fachowo i na dużą skalę, mógłby, w majestacie prawa, robić każdy hycel. Skargi napływające do urzędów, zawiadomienia o przestępstwie wpływające do oddziałów prokuratur w całym kraju, mrożące krew w żyłach opowieści byłych wolontariuszy którzy uciekli ze Straży dla Zwierząt ale boją się mówić otwarcie, sygnały płynące z różnych miejsc Polski do Urzędu do Spraw Zwierząt, do dziennikarzy oraz do prawdziwych organizacji prozwierzęcych - wszystko to się rozmywa, kto by tam szukał świadków, zbierał dowody, gdy chodzi „tylko” o zwierzęta? Prokuratury systematycznie umarzają sprawy przeciwko hyclowi. Zresztą, wersja fasadowa tego prywatnego biznesu jest gładko otynkowana i pomalowana na przyjazne kolory. Ale zaplecze jest ciemne. I tragiczne. Elementem zaplecza są koty marznące na dwudziestostopniowym mrozie wokół domu w którym się urodziły, wtulone w zakratowane okienka i siedzące tak przez całą zimę - zza kraty wieje odrobina ciepłego powietrza, a poza tym krata to przecież drzwi do domu gdzie zwierzak się urodził i spędził całe dotychczasowe życie. Drzwi zamknięte. Dlaczego? To zaplecze w całej swej ohydzie wypłynie prędzej czy później, ale tymczasem wiele niewinnych zwierząt cierpi i ginie. Janda vel Fic vel Parobczak potrafi sobie robić reklamę. Jednym z jego reklamowych posunięć było wdrapanie się na komin, z którego musieli go ściągać strażacy. Tym razem powinna go wreszcie ściągnąć policja. PS z ostatniej chwili. Mam informację, że sobotnia akcja został przesunięta, jako że urzędniczka w administracji spółdzielni mieszkaniowej odpowiedzialna za mordowanie kotów wyjechała na wakacje. Skąd inąd dotarla też do mnie wiadomość że straż dla zwierząt dostała wprawdzie zlecenie na tę akcję, ale się jej nie podjęła z obawy przed prostestami obrońców zwierząt. Jak widać, nagłaśnianie takich spraw coś jednak daje. PS 2 Ludzie mnie pytają, czy to zdjęcie w tle przedstawia właśnie prezentowaną w tekście postać. Odpowiadam: nie.
|