|
TRAGICZNY WEEKEND W HOSPICJACH Są różne statystyki śmierci. Ile osób ginie w wypadkach komunikacyjnych, na budowach, w pożarach, upadkach z wysokości, wskutek utonięć lub w wyniku zbrodni. A ile osób co roku ginie śmiercią naturalną? O tym cisza. Ale w końcu znalazłem. Trzysta czterdzieści tysięcy rocznie. W Polsce. „Zginął śmiercią tragiczną” - taka formuła nekrologu ma nas skłonić do współczucia. Lecz ja o wiele bardziej współczuję tym, którzy konają w szpitalach, hospicjach lub po domach. Bo ich śmierć jest rozłożona na raty, ich konanie przedłużone i przez to ich odchodzenie jest co najmniej tak samo - o ile nie bardziej - tragiczne. Trzysta czterdzieści tysięcy zgonów rocznie oznacza prawie tysiąc osób dziennie. Gdyby pewnego dnia, na przykład wskutek jakiejś katastrofy, zginęło w Polsce tysiąc osób, media by na ten temat szalały. Roztrząsano by szczegółowo wszystkie okoliczności, miesiącami dociekano by przyczyn, publikowano by listę zmarłych, emitowano rozmowy z ich rodzinami. Byłby to temat na pierwsze strony gazet, na rozpoczęcie wszystkich dzienników telewizyjnych, na setki artykułów. Tymczasem tysiącowi osób, który codziennie umiera, nie poświęca się nawet jednej złamanej linijki - poza rytualnym nekrologiem, opłaconym przez rodzinę. Dlaczego tak się dzieje? Nieuniknioność tych śmierci sprawia, że ich nie widzimy? A może dlatego, że nas też to czeka? Każdy ma szansę uniknąć śmierci w katastrofie, i oglądając relację siedzimy sobie w mięciutkim, wygodnym fotelu, a jeżeli to jest o tych co zginęli pod śnieżną lawiną i wstrząśnie nami dreszcz na myśl jak musieli marznąć, to zawsze możemy sięgnąć po kocyk. Lecz przed śmiercią prawdziwą, tą, która czeka nas wszystkich, nie schronimy się wychodząc do toalety ani nawet wyłączając telewizor. Dlatego nie chcemy o niej słyszeć. W dzienniku będzie więc o tym, że pięciu pijanych, naćpanych prymitywów owinęło się samochodem wokół drzewa wracając nad ranem z dyskoteki, a nie będzie nigdy o tym, że starszy człowiek od tygodni się dusił, kasłał, rzęził, pluł krwią, wił się z bólu i wreszcie - nad ranem - skonał. Tragiczny weekend na drogach. A tragiczny weekend w hospicjach?
|