|
NIEMIECKA NIEDOKŁADNOŚĆ Rozstrzeliwania przez Niemców nie polegały na zabijaniu. Celem było tylko ciężkie zranienie. Dlatego wykonywano je seriami z broni automatycznej. Gdzie popadnie. Nie było specjalnie ważne w co się trafi. Trafiony i tak umrze. Chodziło w zasadzie o to, żeby unieruchomić i, docelowo, oczywiście zabić, owszem, ale niekoniecznie natychmiast. Ciężko ranny umrze sam. Po kilku godzinach, czasem po kilku dniach. Nie ma potrzeby wykonywać tej pracy za niego. „Przez trzy dni ziemia się jeszcze ruszała” - powiedział mi stary mieszkaniec Leżajska, który jako dziecko widział rozstrzeliwanie Żydów w tym miasteczku przez Niemców i potem rowy pełne rannych, przysypane trochę, z grubsza, ziemią. Większość rozstrzelanych żyła. Niemcy ich nie dobijali. Z wrodzonego okrucieństwa, albo z oszczędności (naboje kosztują!) albo dlatego, że nie mieli czasu, że mieli tyle pracy, tyle kolejnych rozstrzeliwań, tak napięty harmonogram dnia, że nie byli w stanie do każdego z tysięcy rannych podejść i strzelić mu z bliska w głowę. To byłby za duży luksus. Na miejscu egzekucji zostawiali tylko jakiś posterunek, jakiegoś żołnierza, żeby pilnował czy nikt nie wyczołguje się z grobu i w takim przypadku oczywiście żeby dostrzelił. Czasem, zupełnie wyjątkowo, pod osłoną nocy udało się komuś wyjść spod stosu konających, komuś kto był lżej ranny (a gdzie niemiecka dokładność?!) W taki właśnie sposób uciekł - w brzuchu matki - niejaki pan Lurie. Można powiedzieć, że w ten sposób uniknął śmierci przed życiem, śmierci jeszcze przed porodem. Na jakiś miesiąc przed porodem spotkała go ta przygoda: rozstrzelanie. (Niemcy rozstrzeliwali kobiety w ciąży, jak najbardziej, również zaawansowanej, w tym przypadku w ostatnim miesiącu ciąży). Pan Lurie miał niezwykłe szczęście. Ukraińcy i Niemcy zabili, na oczach jego matki, jego kilkuletnie rodzeństwo - trójkę dzieci, lecz Matkę tylko ranili w kark. Jeden z Ukraińców chciał nawet matkę z dziećmi uratować od rzezi w zamian za kilka pierścionków, lecz zobaczył to Niemiec i zagonił ich z powrotem ku śmierci. Niemiecka dokładność i uczciwość. Matka błagała go na honor niemieckiego oficera - i w ramach tego honoru Niemiec osobiście strzelił każdemu z jej dzieci w główkę. W swoim zeznaniu po wojnie Matka opowiada jak sama została raniona: „kula trafiła w kark z lewej strony i przeszła przez dolną część czaszki wychodząc przez lewy policzek. Dostałam krwotok ciążowy. Wraz z kulą wyplułam kilka zębów. Byłam jednak przytomna i leżąc wśród trupów widziałam prawie wszystko, co się działo dokoła. Obserwowałam dalsze egzekucje. Wprowadzono nową partię mężczyzn, których trupy padały i na mnie.” (cała relacja tutaj: http://www.banwar1944.eu/?ns_id=197 ale nie polecam osobom zbyt wrażliwym). W nocy Matce udało się niepostrzeżenie odczołgać od miejsca zbiorowego konania, długo błąkała się zanim otrzymała jakąkolwiek pomoc lekarską, urodziła syna, przeżyła wojnę. Syn ma kilkoro dzieci. I wnuki też, owszem. Niemcy, przez swoja niedokładność, mają teraz w ich osobach niechcianych, nadprogramowych Polaków, którzy czują do nich - co? No właśnie. Co? Sądząc po tym jak Polacy chętnie jeżdżą pracować do Niemiec, osiedlają się tam, germanizują, można by powiedzieć, że naród polski nie czuje najmniejszego żalu do Niemców za wszystkie zbrodnie na nim popełnione. Chociaż znam też ludzi, którzy nie zatrzymują się przejeżdżając przez Niemcy, a nawet takich, którzy w swych podróżach omijają konsekwentnie terytorium Niemiec, nawet jeżeli mieliby przez to nadłożyć kilka tysięcy kilometrów. Czy historia jest tylko historią i w jakim momencie teraźniejszość staje się przeszłością? Czy należy o tym wszystkim zapomnieć w imię obecnych, poprawnych stosunków i wymiany handlowej? Może i tak. A jednak są ludzie, którzy historię noszą na sobie jak garb, nawet tę, której osobiście nie doświadczyli, bo nie było ich jeszcze na świecie. I ja do nich należę. Historia chodzi za mną. Niedawno czytałem książkę - świadectwa osób, które przeżyły holocaust. Jedną z wielu, mam ich całą bibliotekę. Ta akurat publikacja oparta jest na prostym, ale nośnym pomyśle: autorka zadaje wielu osobom zestaw takich samych pytań. Jedno z nich, ostatnie, brzmi: za to wszystko co przeszedłeś, Ty i Twoi bliscy, co chciałbyś aby spotkało Niemców? Większość odpowiedzi brzmi: „to samo, co oni nam zrobili.” Kilka - „nie czuję do nich nic, nie pragnę zemsty.” I wreszcie jedna osoba odpowiada: „chciałabym, aby wszyscy Niemcy, włącznie z niemowlętami, zostali wykastrowani. Bez znieczulenia.” A co ja czuję? Nie jestem zwolennikiem vendetty, jestem przeciwny karze śmierci, nienawiść jest dla mnie uczuciem obcym, a jednak nie wiem czy w tym akurat przypadku nie przychyliłbym się do odpowiedzi C. Czasem czytam sobie relacje o łodzi podwodnej, która zatopiła statek Gustloff pełen niemieckich uchodźców (ale również żołnierzy, nie tylko cywilów, chociaż żołnierz z łapanki, z przymusu, to osobny temat do rozważań) albo czytam o tym marszu śmierci, podczas którego zamarzły tysiące Niemców uciekających przed zwycięzcami. I wtedy też odczuwam coś takiego dziwnego, coś nielogicznego i dość obrzydliwego a jednak jest to rodzaj jakiejś... nie wiem jak to nazwać. Satysfakcji? Ulgi? Nieprecyzyjne słowa. Uspokojenia? Że jednak trochę, przynajmniej trochę - zapłacili. Chociaż zapłata nigdy nie jest precyzyjna - płaćą najmniej winni, a w każdym razie przypadkowi. I chociaż za zbrodnie nie ma ceny, bo nikt nie wymaże tego co było. A było na przykład, w ostrzeliwanej Warszawie, coś co znam z kilku niezależnych relacji: osiemnastoletnia dziewczyna przemykała się wśród ruin by zanieść ważny meldunek do odległej placówki powstańczej. Gdy już była blisko celu, niemiecka bomba, made in germany, urwała tej osiemnastoletniej dziewczynie nogę powyżej kolana. Dziewczyna się doczołgała tam gdzie miała dojść z meldunkiem, ciągnęła za sobą kikut i strumień krwi. Zmarła. Często myślę o tej dziewczynie gdy spaceruję po ulicach Warszawy, mam wrażenie że jej krew jest jeszcze na chodniku. O tej dziewczynie, która jako osiemnastolatka mogłaby być moją córką, a chronologicznie - moją babcią. I która jest mi bliska jak siostra. Ostatnio moje ulubione miejsce spacerów to Krakowskie Przedmieście po remoncie. Jest piękne. Kocham Warszawę i nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej. Innym razem opiszę, co w Warszawie kocham i kogo, ale tymczasem wróćmy do głównego wątku, bo się rozproszymy. Niedawno chciałem coś kupić w sklepie niemieckiej sieci Liedl. Jest tam ponoć tanio i są towary innych firm niż w większości sklepów. Zaparkowałem, podszedłem. Ale to był dziwny sklep. Jakaś miła pani pod wejściem powiedziała mi, że tak jest we wszystkich Liedlach. Nigdzie czegoś takiego nie widziałem. Na czym polega ta inność, tak dziwaczna dla kogoś kto przyzwyczajony jest do robienia zakupów w innych sieciach czy w pojedynczych sklepach? Chodzi o to, że nie masz prawa wejść. Wejść, zajrzeć, i zdecydować czy wchodzisz dalej, do części sklepowej, poza linię kas. Nie ma przedsionka. Drzwi są automatyczne, jeżeli wejdziesz już się nie wycofasz, musisz przejść przez cały sklep. Nie ma odwrotu. Nie ma też koszyków. Są tylko wózki i oczywiście bez wózka wstęp wzbroniony. To sygnał: „kupuj dużo! Drobnych klientów nie chcemy!”. Czy rzeczywiście trzeba kupić dużo, i co się dzieje gdy klient kupi mało albo nie kupi nic? Czy ma wtedy prawo wyjść - i którędy? Przed każdą kasą, w przedsionku, który istnieje ale w którym możemy się znaleźć dopiero po przejściu przez cały sklep (czyli jest to raczej zasionek niż przedsionek) no więc w zasionku przed każdą kasą stoi żołnierz. A przynajmniej tak to wygląda. Stoi w postawie wyprostowanej, patrzy prosto na kolejkę czekającą do kasy, stoi na szeroko rozkraczonych nogach. To nie jest wyluzowany ochroniarz w ciemnych spodniach i w białej koszuli jakich widzimy kręcących się przed kasami we wszystkich innych supermarketach. To nie jest nawet dobroduszny, podszyty dresiarzem ochroniarz z osiedlowego sklepu ubrany w jakiś paramilitarny strój. To jest żołnierz. W czyściutkim, pięknie wyprasowanym mundurze. Jedyne co różni go wizualnie od żołnierza wehrmachtu to kolor tego munduru - ciemno granatowy. Nie wszedłem. Nagle poczułem, że w środku zamiast miłej, relaksującej muzyki usłyszę ryk „Heili heilo” albo dudnienie marszu „Pruska chwała”. Wsiadłem do samochodu i odjechałem. A jednak Polacy masowo jeżdżą do Niemiec! Przypomniały mi się napisy, jakie widywano jeszcze kilka lat temu w niemieckich sklepach: „Polacy wy tu nie kradnijcie!”. Może i zasłużone napisy. Nawet na pewno. Ale w takim razie mam pomysł, równie dobry i równie zasłużony, i na tej drodze przekazuję go pod rozwagę władzom Warszawy: a gdyby tak na każdej warszawskiej ulicy ustawić znak: „Niemcy, wy tu nie bombardujcie!” Oczywiście po niemiecku, żeby mogli zrozumieć. Bądźmy uprzejmi. P.S. ten Liedl nie dawał mi jednak spokoju, pomyślałem że przecież muszę mu się przyjrzeć z bliska. No i dzisiaj tam wszedłem. Do środka! Wrażenie? Prowincjonalny, małomiasteczkowy market w krajach starej Unii. Cisza, spokój. Żadnej natrętnej muzyki. Kartony po towarach do dyspozycji klientów - ekologicznie, punkt dla nich. Towary? Przeważnie niemieckie, acz nie tylko. Zestaw towarów trochę dziwaczny - niby sklep spożywczy ale zarazem coś tak wydumanego jak elektryczne maszynki do strzyżenia wyeksponowane w dużych ilościach na samym środku sklepu (uczciwy Niemiec strzyże się przynajmniej raz dziennie, więc jest to artykuł pierwszej potrzeby!). Tanie piwo - duuuży plus dla nich. I, jak stwierdziłem po powrocie do domu - smaczne. Gdzie się podzieli wczorajsi żołnierze w ciemnogranatowych mundurach? Widzę tylko jednego, szczupłego chłopaka na czatach przy dziale monopolowym. Ubrany w czarne spodnie i czarną koszulę. Wcale nie w stylu mundurowym. A koszula nawet nie brunatna. Dziwne. Gdzie podziała się moja wczorajsza wizja?
|