|
PIĘKNY DZIEŃ Kiedyś, w miarę jak poznawałem świat za pośrednictwem szkoły, książek, mediów, wyrobiłem sobie pogląd, że żyję w dobrych, normalnych czasach. Że świat, który przedtem - w średniowieczu albo i jeszcze dawniej - był okrutny, niecywilizowany, niebezpieczny, pełen tortur, wojen, nieuleczalnych chorób, głodu - doszedł teraz do w miarę znośnego punktu. Oczywiście, w przyszłości świat będzie jeszcze ewoluował, oczywiście ku lepszemu, będą coraz sprawniejsze maszyny, nowe wynalazki, ułatwienia. Ale w zasadzie ten świat, w którym żyję, jest światem dobrym. Dopiero z czasem zacząłem odkrywać jak dalece ta wizja jest nieprawdziwa. Narzucona. Zakłamana. Dość powoli docierało do mnie, że mój świat, świat teraźniejszy, współczesny, dzisiejszy - jest równie podły jak jesień średniowiecza, że obok nas dzieją się rzeczy równie straszne co w epoce kamienia łupanego, że nasza mentalność niczym nie różni się od mentalności człowieka z jaskini Crô-Magnon, a jeżeli to na gorsze. Wynikałoby z tego, że wszystko czego mnie nauczono, przygotowując mnie do dorosłego życia, jest kłamstwem. Więcej - że wszystko co widzę i słyszę już jako człowiek dorosły też jest kłamstwem. To znaczy wszystko to, co zostało już przetrawione przez innych ludzi i podane mi w postaci papki informacyjnej. „Informacyjnej”. To przekonanie stało się jeszcze silniejsze gdy do moich rozmyślań i odczuć, do mojej wizji świata - włączyłem inne gatunki niż ludzi. Kiedyś, gdy przejeżdżałem obok cmentarza powązkowskiego, myślałem o tym jak ciekawy architektonicznie jest kościół Karola Boromeusza, jak piękne rzeźby znajdują się w najstarszej części starych Powązek, jak uroczy jest anioł kładący palec na ustach jakby mówił „ciszej, ciszej nad tym grobem...” Miałem skojarzenia ze zbiórką pieniędzy prowadzoną przez artystów na cele odnowy nagrobków, zainicjowaną przez Jerzego Waldorfa, Teraz gdy przejeżdżam koło Starych Powązek myślę: Skarpeta. Skarpeta to kot, nazwany tak ze względu na swoje pasiaste umaszczenie, przez starsze panie które go dokarmiały. Skarpeta i kilkanaście (a może kilkadziesiąt - nikt tego dokładnie nie wie) innych kotów został na rozkaz księdza zatłuczony przez grabarzy. Jak to się odbyło? To były ufne koty, nie bały się ludzi. Może wystarczyło najpierw ogłuszyć szpadlem, a potem już można było porąbać? Są doniesienia o zamurowanych kotach żywcem, były akcje uwalniania ich przez wolontariuszy. Żywcem w grobach. Ksiądz tłumaczył się później, że kazał to zrobić bo „ludzie się skarżą”. Teraz mur cmentarza, z pięknie oświetlonym kościołem, jawi mi się jako coś wrogiego, podłego, wstrętnego. I wszystko co za murem też. Nie chciałbym być tu pochowany, mimo że jest tu grobowiec rodzinny do którego mam prawo, wolałbym żeby ta kupa kamieni, ten idiotyczny martwy domek na szkielety został oddany w użytkowanie tym, którzy nie mają się gdzie podziać, tym którzy są bestialsko mordowani. Dawniej gdy przechodziłem koło pizzerii albo kiełbasek z grilla i dolatywał mnie zapach pieczonego mięsa moim pierwszym odruchem było usiąść, zamówić kiełbaskę, (tylko żeby była ładnie opieczona proszę!), a jeszcze lepiej szaszłyk, taki żeby miał dużo różowych kawałków mięska poprzekładanego płatami słoniny. Teraz moim pierwszym skojarzeniem z aromatem grillopochodnym jest wizja świnek, które spędzają całe życie w klatce tylko po to, żeby wylądować w rzeźni. A zamiast słowa „mięso” zapala mi się w głowie, jak mrugający neon, słowo CIAŁO. I to skojarzenie odbiera mi apetyt. To psuje mi przyjemność tak dalece, że nie siadam i nie zamawiam szaszłyka. Kiedy widzę reklamę delfinarium wiem już jaki horror przeżywają w tych przybytkach delfiny, i że lepiej by dla nich było gdyby nigdy nie przyszły na świat. Gdy słyszę słowa cyrk czy zoo myślę o tym, że chętnie zamknąłbym w klatkach publiczność. Gdy przypominam sobie moje młodzieńcze lektury śmiać mi się chce z mojej własnej głupoty. Weźmy na przykład idola mojej młodości, ba, bohatera, na którym wychowało się całe pokolenie. Tomka Wilmowskiego. „Tomek w krainie kangurów”, „Tomek na czarnym lądzie”, „Tomek na tropach yeti” - była tego cala seria i cieszyła się poczytnością większą niż dziś „Millenium” Stiega Larssona. A jej bohater - Tomek - był autorytetem moralnym większym nawet niż w dzisiejszych czasach Kuba Wojewódzki i Szymon Majewski razem wzięci. Czym zajmował się ten szlachetny adonis, w którego ślady pragnęły iść (i szły w marzeniach) miliony młodych Polaków? Był łowcą „dzikich” zwierząt, zatrudnionym do zdobywania po całym świecie „okazów” dla ogrodów zoologicznych wielce szacownej firmy pana Hagenbecka. Teraz też zdarza mi się do tych książek zajrzeć, ale zupełnie inaczej je czytam. Widzę to, czego kiedyś nie dostrzegałem: jak dalece to szlachetne zajęcie idola mojego pokolenia jest obrzydliwe. Docierają do mnie całkiem inne fragmenty tekstu niż kiedyś. „Tygrysy jechały w klatkach i były bardzo nerwowe”. „Wszystkie misie koala nie przetrwały podróży statkiem do Europy”. Żeby złapać kangury, „trzeba było” zabić przodownika stada. Sally (narzeczona bohatera) pomagała mu, „łapiąc ptaki oraz mniejsze ssaki i preparując je. Jak się zabija złapanego ptaka, tak a propos, zanim dokona się preparacji? To dość proste. Należy chwycić go ręką, ścisnąć mocno klatkę piersiową, i trzymać tak, żeby nie mógł oddychać, aż mu główka opadnie a oko zmętnieje. To wiem już z innej książki, takich szczegółów nie podawano w opisach szlachetnych przygód dzielnego wzorca dla młodzieży i jego szlachetnej, jakże uroczej narzeczonej. I na takich to książkach wychowało się całe pokolenie. Albo też - te książki były wytworem pokolenia. Słowo „dziki” w zwrocie „dzikich zwierząt” wziąłem w cudzysłów, bo ono też odbija, jakże niesprawiedliwy, nasz do nich stosunek. Czy te zwierzęta są dzikie? Na pewno mniej, niż te, które je łapią i trzymają w klatkach. Nasz antroponazizm lingwistyczny to zresztą temat na osobny artykuł. A może i książkę. Księgę. Można by pomyśleć, że użalam się nad zwierzętami nieproporcjonalnie, że przecież są też ludzie - którzy cierpią. Zapewne jest w tym podświadoma chęć kompensacji - o cierpiących ludziach słyszy się w kółko, cierpiący ludzie mogą liczyć na jakąś pomoc, skala ludzkich cierpień jest nieporównywalnie mniejsza od skali cierpień zwierząt, we wszystkich wojnach nie poległo tylu ludzi, ile ludzie mordują zwierząt w ciągu roku. Zresztą, ludzi też mi żal. Są w końcu zwierzętami. Ta ewolucja dokonywała się oczywiście stopniowo, nie tak jak ją tutaj w skrócie przedstawiłem. Nie było to takie skokowe. Zwierzęta kochałem od małego - ale wybiórczo, głównie psy. Lub koty. Te ładne. Te do pogłaskania. Kierowałem się względami estetycznymi. Czyli traktowałem je trochę jak zabawki. Trochę, bo jednak miałem poczucie że są to istoty czujące, nigdy nie zrobiłbym im krzywdy. Miałem też poczucie, że są to moi autentyczni przyjaciele. No i broń boże nie znaczy to też, że teraz doszedłem do jakiegoś ideału, skądże, zdarza mi się nienawidzić, życzyć komuś jak najgorzej i takie tam. To tylko spłaszczenie perspektywy na tę całą przemianę stwarzać może taki efekt nagłego przeskoku. W każdym razie skutki innego niż przedtem widzenia świata są tak wielkie, że czasem mam poczucie iż jestem innym człowiekiem niż kiedyś. „Cóż za piękny dzień!” - takie zdanie na przykład nie ma już dla mnie żadnego sensu. Piękny dla kogo? Czy dla miliardów istot, które trzymamy w klatkach i męczymy? Czy dla mieszkańca Afryki, któremu inny mieszkaniec Afryki odciął maczetą obie dłonie? Czy dla mieszkańca Korei Północnej, którego wiozą właśnie wraz z żoną i dziećmi do komory gazowej i który za chwilę będzie próbował, w desperackim odruchu, ratować swoje dziecko przed gazem zatykając mu usta albo wtłaczając mu do ust odrobinę powietrza, która pozostała mu jeszcze we własnych płucach? Czy może dla konających w męczarniach starszych ludzi - i zwierząt - którym odmawia się prawa do szybkiej i bezbolesnej śmierci, by jak najdłużej cierpieli? Czy dla? Tych „czy dla...” rodzi się tyle, że wszystko, na co tylko spojrzę, staje się zepsute. Czyż można cieszyć się życiem, nawet jeżeli akurat ja w tej chwili nie cierpię, ale cierpią inni? Mógłby ktoś powiedzieć: czym sobie zawracasz głowę? To nie twoja sprawa. I nie twoja wina. Owszem. Moja. Korzystam z lekarstw, których opracowanie kosztowało niewyobrażalne męczarnie zwierząt torturowanych w laboratoriach farmaceutycznych. Mieszkam na terenach wydartych innym stworzeniom, które przedtem wygnaliśmy albo zabiliśmy. Aby mój gatunek mógł osiągnąć taki sukces - o ile nasz rozwój można nazwać sukcesem - musieliśmy torować sobie drogę, a więc zabijać, zabijać, zabijać. Deptać. Dręczyć. Niszczyć. I ja w tym biorę udział, przez sam fakt - że żyję. Nigdy nie będę bez winy. Nawet gdybym teraz zamknął się w klasztorze buddyjskim i do końca życia jadł tylko kiełki. Już i tak tyle nabroiłem, że starczyłoby na tysiąc wyroków śmierci. Oczywiście ten hipotetyczny ktoś, pragnąc mnie uspokoić, mógłby powiedzieć: cóż chcesz, taki jest świat. Nie ty go urządzałeś. W tym miałby rację. Tylko co z tego wynika? A w ogóle to - co dalej? Nie wiem. Dalej nic. Konkluzja? Wycofać się ze świata. Jedyne przyzwoite wyjście. Człowiek, który doszedł do pewnego etapu poznania świata, jeżeli ma chociaż trochę przyzwoitości, powinien popełnić samobójstwo. A właściwie „dokonać” samobójstwa - w tym słówku „popełnić” zawiera się przecież nasz negatywny stosunek do tych, którzy odeszli na własne życzenie, stosunek bardzo niesprawiedliwy. A więc dokonać samobójstwa - jako rzeczy pożytecznej, dobrej, uwalniającej przynajmniej częściowo (częściowo, bo tego co było już się wymazać nie da) świat od mojej zbrodniczej obecności. No dobrze, ale co to da? Na twoje miejsce natychmiast wepchną się inni. I narobią co najmniej tyle zła ile ty narobiłeś. Albo i jeszcze więcej. Więc może trzymaj to miejsce, żeby nie dostało się w jeszcze gorsze łapy. Może coś w tym jest. Ale ciężko jest żyć nie mogąc się cieszyć. PS proszę tej puenty nie traktować zbyt dosłownie, zdarza mi się jednak cieszyć, i to z najgłupszych powodów, ostatnio dlatego że za trzy dolary kupiłem w Itunes plan Warszawy nie wymagający łączenia z siecią (a więc trzy dolary szybko się zwrócą!). To nic, że Warszawę znam jak własną kieszeń i że mapka jest mi potrzebna jak zającowi dzwonek. Sam fakt, że na ekraniku zielony punkcik pokazał mi gdzie jestem, ucieszył mnie - nie wiadomo dlaczego.
|