Strona główna blog

RZYM - BLICHTR I KOKONY ŚMIERCI


RZYM - BLICHTR I KOKONY ŚMIERCI

Reportaż opublikowany w miesięczniku Vege

 

Mam ochotę opowiedzieć o świętach spędzonych w Rzymie. To wprawdzie święta ubiegłoroczne, ale czym jest rok w skali Wiecznego Miasta?

A może to nie będzie o Rzymie, tylko o postrzeganiu Rzymu. Właściwie nie tylko Rzymu. Świata. O ewolucji w postrzeganiu świata, jakiej podlegam (podlegamy?) z wiekiem. O, właśnie o tym. Rzym jest tu tylko pretekstem. O tyle dobrym, że bywam tam od dziecka, z przerwami, dzięki którym łatwiej dostrzegać zmiany. Zmiany w sobie. I zmiany w Rzymie. Jako dziecko bawiłem się dyskretnie zabawką w kaplicy sykstyńskiej, to mnie bardziej fascynowało niż freski Michała Anioła i do dzisiaj pamiętam drewnianą poręcz ławki, po której to poręczy jeździłem moją zabawką – miniaturowym autkiem marki Alfa Romeo – podczas gdy wszyscy słuchali przewodnika.

Na ulicach nie patrzyłem na zabytki, zachwycałem się kolorowymi kulkami gumy do żucia sprzedawanymi w automatach. Jako student, a jakże, całkiem normalnie i poprawnie, zachwycałem się już tym, czym należy – architekturą, malarstwem, rzeźbą. Chodziłem po muzeach, pinakotekach i na wykłady z architektury.

Teraz... Teraz patrzę na Rzym – i na świat – jeszcze inaczej. W Rzymie widzę głównie imigrantów wędrujących ku śmierci. Droga w jedną stronę, zawrócić nie można. Wydali wszystko na przyjazd do raju, raj okazał się piekłem. Postawili na jedną kartę i przegrali. Umierają powoli, na raty, po kątach, w zaułkach przydworcowej dzielnicy. Może instynktownie nie chcą oddalać się od dworca, jakby się łudzili, że kiedyś będą mogli odjechać? Mieszkają w zaimprowizowanych domkach. Właściwie budkach. Nie, to jeszcze za wielkie słowo. W kokonach. O, to jest odpowiednie określenie. Są obłożeni tekturami, gazetami, szmatami – i tkwią w środku. To jakiś sposób na hipotermię. Niektórzy nie mają już na tyle sił, żeby wyjść z kokonu do toalety (czyli na chodnik kawałek dalej) i spod kokonów wylewa się struga moczu.

Inni starają się jeszcze utrzymać jakiś kontakt z życiem, z cywilizacją. Uprzyjemnić sobie piekło. Z jednego kokonu, koło którego często przechodziłem, dobywał się co wieczór koncert – najwyraźniej mieszkaniec dysponował radyjkiem.

Innym przybyszom do raju jeszcze trochę brakuje do ostatniego etapu. Najbardziej wzruszał mnie ten, który co wieczór siadał na ławce przy ruchliwej ulicy. I patrzył na tłum wędrujący od kawiarni do kawiarni, od sklepu do restauracji, tłum roześmiany, obładowany torbami pełnymi ciuchów, słodyczy, tandetnych pamiątek, i innych niepotrzebnych, bzdurnych rzeczy. Dlaczego siedział tutaj? To proste. Nic innego mu nie zostało, ale miał jeszcze tyle siły, żeby utrzymać się w pozycji siedzącej. Więc korzystał z tego, łykał ostatnie hausty świata. Zanim zamknie się w kokonie, udawał, że jeszcze żyje. Że należy do społeczności. Że niby czeka na kogoś, a może na autobus. Przed kim udawał? Oszukiwał innych? Siebie? Raczej to drugie, bo innych obchodził tyle, co ławka na której siedział.

On też już przegrał, jak ci w kokonach. A ktoś jeszcze walczy? A jakże, są tacy. Na przykład sprzedawcy parasolek. Zjawiają się pod drzwiami hoteli z chwilą gdy spadnie deszcz, tak szybko, jakby (cytując trochę niepoprawne skojarzenie Donny Leon) – jakby byli liofilizowani i deszcz ich... no właśnie. Co? Uruchamiał? Nawadniał? Ożywiał? Co się dzieje z liofilizowaną – pozbawioną wilgoci zupką w proszku, gdy zalejemy ją wodą? Nie wiem. Uaktywnia się. No więc sprzedawcy się uaktywniają. Lecz ile parasolek można w ten sposób sprzedać? A co będzie jak minie pora deszczowa?

Najbardziej przywiązałem się do jednego z biedaków, który koczował przed naszym hotelem i którego wciąż widziałem z okna. Jeszcze poruszał się o własnych siłach, aczkolwiek chodził z trudem jak artretyk, którym pewnie był, zważywszy ziąb i życie na chodniku. Miał, jak inni, legowisko z kartonów i szmat. Różnił się może tym, że budził powszechną sympatię – miał miłą, inteligentną twarz, i to zostało docenione: cała ulica go dokarmiała. Pracownicy restauracji wynosili mu jedzenie na tekturowych talerzach. I picie też, owszem, w plastikowych kubkach. Ale czy to mu coś da? Wciąż się drapał. Bez przerwy. Musiał mieć straszliwe parchy. Co zresztą naturalne gdy nie można się myć. Bo mycie już wykraczało poza jego możliwości. Każdy chętnie da mu parę monet albo trochę jedzenia, ale przecież nikt go nie zaprosi do swojej łazienki! A parchy go zabiją. O ile wcześniej nie zabije go ziąb, bo wbrew pozorom, zima w Rzymie potrafi być tak przejmująco lodowata i wilgotna jak nigdy w Warszawie.

Dawałem mu skarpetki. Skarpetki to słaby punkt. Ludzie wystawiają dla biednych stare buty, ale przecież nie skarpetki – te lądują w worku na śmieci. I kloszardzi są obuci. Współczesna bieda nie jest bosa, pisał Kapuściński. Jest obuta w znoszone adidasy. Można do tego dodać: ale włożone na gołe stopy. Kupowałem mu więc najcieplejsze i najdłuższe podkolanówki jakie tylko udało mi się znaleźć. Raz, gdy dawałem mu już którąś parę, powiedział piękną angielszczyzną: „dziękuję, nie potrzebuję więcej”. Dziwne. Europejczyk zawsze potrzebuje więcej. Ale on jest Hindusem. A raczej był, bo wątpię czy przetrwał jeszcze rok.

 

Świąteczne zwiedzanie Rzymu – ciąg dalszy. Tłumy. Japończycy. I skośnoocy z innych krajów Korea, Chiny. Niektóre ulice tak zapchane ludźmi, że trzeba je omijać, po prostu nie sposób przejść. Do Piazza di Spagna i jego słynnych schodów udało mi się dojść po długim przebijaniu się przez gęsty tłum, omijaniu całkiem zatkanych uliczek, krążeniu, zawracaniu.

Na wejście do Bazyliki Świętego Piotra trzeba czekać kilka godzin – kolejka okrąża plac, przybiera spontanicznie kształt podkowiastej kolumnady Berniniego i staje się jej cieniem. Ile osób czeka? Kilkaset? Ponad tysiąc? Nie ustawiam się. Od czasów komuny mam uraz do kolejek, i jeżeli gdzieś widzę więcej niż trzy osoby stojące jedna za drugą – odchodzę. Zresztą nie czuję potrzeby. Bazylikę, do której kiedyś tak lubiłem wchodzić żeby nasycić się jej orzeźwiającym chłodem i koncentracją artyzmu na metr kwadratowy – teraz postrzegam jako przejaw ludzkiej gigantomanii, przytłacza mnie swoim ogromem i bizantyjskim przepychem.

 

Wolę boczne drogi. Na przykład Zatybrze. Chyba każde miasto ma taką dzielnicę, która jest jego zaprzeczeniem, miniaturą, karykaturą, lustrzaną kpiną. Wenecja ma Murano – wszystko podobne, tylko mniejsze i jeszcze bardziej dziwne. Praga ma uliczkę alchemików z domkami jak dla krasnoludków. Warszawa – Pragę. Koszmarny Neapol ma bajkowe Capri – kozią wyspę skolonizowaną przez milionerów. Czasem replika jest odległa – Monte Carlo ma Opatię, a właściwie Abbazię, czyli miniaturowe Monte Carlo nad Adriatykiem. O wiele milsze i ludzkie, tak nawiasem mówiąc, od swojego antybliźniaka. Czy jest jakaś antynomia w tworzeniu się miast? Jakiś system dwójkowy Leibnitza?

 

Zatybrze jest ciche i z lekka rustykalne. Rzymianie, w przeciwieństwie do Słowian, lubią koty. Koty wygrzewają się na maskach samochodów.

W samym centrum Rzymu jest przedziwny plac – wykopalisko. Wokół placu ulice, chodniki, normalny ruch, autobusy, tramwaje. W środku – dziura, krater, olbrzymia połać rozciągająca się kilka metrów poniżej poziomu ulic. W tym to prostokątnym kraterze, niczym na Forum Romanum, zostawiono fragmenty antycznego Rzymu – resztki kolumn, rzeźb, kawałki murów. A zarazem urządzono tam rezerwat – królestwo kotów. Żyje tam kilkaset kocich mieszkańców. Opiekuje się nimi prywatna fundacja i wolontariusze.

Kocia populacja jest kontrolowana. Sterylizowana. I względnie bezpieczna na tym placu – w dole. Nikt postronny tam nie wejdzie, jedyne schody są oddzielone zamkniętą bramą. Koty są spisane, obfotografowane, ponazywane. Jak ludzie. Bezpieczeństwa kotów pilnują kamery monitoringu. Pilnują też, żeby ludzie nie wrzucali tam dodatkowych mieszkańców, żeby nie traktowali tego miejsca jak zsypu dla niechcianych zwierząt. Koci plac jest nasycony i nie może stać się wysypiskiem zużytych żywych maskotek. Za podrzucenie kota grozi kara. Wszystko pod kontrolą. Świetnie zorganizowane. Ale i tu zgrzyt – tragiczny. Przyklejone do barierki ogłoszenie: czy ktoś widział piękną Lessy? Tu następuje dokładny opis kotki. Kamery zarejestrowały grupę cyganów (Rumunów? Albańczykow?) którzy ją złowili na lasso i uciekli. Obawiam się, że biedna Lessy już się nie znajdzie. W najlepszym wypadku została po prostu zabita i zjedzona. Wolę nie myśleć o gorszych wariantach.

 

Via Veneto, niegdyś tak żywa, znów powróciła do swej martwoty sprzed „Słodkiego życia”. A jednak przez lata była to najruchliwsza, najbardziej luksusowa ulica, coś w rodzaju Champs Elysées. Ulica z przyległościami została wylansowana przez słynny film Felliniego – „La dolce vita”. Cóż za siła sprawcza sztuki, swoją drogą. Sukces filmu rozgrywającego się w jakimś punkcie miasta potrafi sprawić, że cała dzielnica się zmieni, ceny mieszkań poszybują w górę, powstaną nowe sklepy, kawiarnie, zmodyfikuje się przekrój społeczny mieszkańców, zmienią się obyczaje i będzie w dobrym tonie pochwalić się, że się tam mieszka, a wizytówka z adresem tamże otworzy drzwi do salonów w całym mieście... Podobne zjawisko odnotowano później w dzielnicy Notting Hill w Londynie po sukcesie filmu z Julią Roberts i Hugh Grantem. Hmmm... Muszę chyba napisać jakiś scenariusz do filmu dziejącego się na Żoliborzu. Pomyślę o tym.

 

W Rzymie najlepsze kasztany są... wszędzie. Ich zapach czaruje w wielu miejscach. Pod Koloseum, na rogach ruchliwych ulic. Sprzedawcy kasztanów? Emigranci, oczywiście. To ci, którym się powiodło. Emigrancka elita. Do niej należą też sprzedawcy w kioskach z napojami i kanapkami. No i pracownicy restauracji. Bo wiele czysto włoskich restauracji ma czysto imigrancką obsługę. Koło mojego hotelu restauracja o nazwie „Romana” (rzymska) serwuje doskonałe specjalności kuchni włoskiej, szykowane przez kucharza Wietnamczyka i podawane przez kelnerów Hindusów. Wszyscy oni mówią po włosku – również między sobą. I nie jest to oszukańczy przybytek dla turystów – klientami są głównie autentyczni rzymianie, okoliczni mieszkańcy.

 

Piazza Navona. Mój ukochany plac z czasów studenckich. Miejsce o niezwykłej energii, niesamowitej magii, aczkolwiek, jak twierdzili moi profesorowie, z architektonicznego punktu widzenia można by wiele powiedzieć „na nie”. Teraz nic nie można powiedzieć, bo placu nie widać. Jest zastawiony drewnianymi budami. Jarmark świąteczny. Króluje tandeta. Plastik. Żarcie. Picie. Balony, chińszczyzna. To zresztą efekt globalny. Dwa lata temu w Monte Carlo obiecałem sobie, że więcej tam nie przyjadę, gdy ujrzałem jak cała nadmorska promenada została zeszpecona gigantycznym, ciągnącym się na kilkaset metrów, chińskim „wesołym” miasteczkiem.

Kilka lat temu na Istrii, w Lovranie (dawniej Laurano) uderzył mnie widok koszmarnych dmuchanych łódeczek suszących się na balkonach starego, eleganckiego hotelu Excelsior, pamiętającego czasy gdy Istria należała do Włoch a po zatoce miedzy Pulą (Polą) a Rijeką (Fiume, jaką Rijeką?!) krążyły pływające dansingi – statki z orkiestrą, lampionami i kelnerami we frakach.

Czy Rzym zszedł na psy? Nie, mimo zalewu tandety jest to nadal piękne miasto. I co najważniejsze – rzymianie to przemili ludzie. Tutaj nikt się nie spieszy, każdy chętnie się zatrzyma, udzieli nam wyjaśnień albo po prostu pogada. To nie Paryż gdzie odpowiedzią na pytanie o cokolwiek, nawet o najbliższy szpital, jest wzruszenie ramion i przyspieszenie kroku.

Rzymskie restauracje są gościnne taką szczerą, fajną gościnnością, niewymuszoną, bez żadnej służalczości ale też bez spoufalania. Nie przypadkiem wino stołowe nazywa się tu vino di casa – wino domowe. Bo restauracja ma być drugim domem. Możesz sobie wybrać stolik, żaden nadęty maître d’hôtel nie wskazuje ci autorytarnie gdzie masz usiąść.

To ludzie naprawdę pogodni i weseli. Jakoś potrafili odrzucić swą mroczna przeszłość i nie czuje się tu wspomnień z czasów, gdy papież oświetlał uczty setkami żywych pochodni - płonących niewolników. Może tylko to nieszczęsne Koloseum jest zgrzytem. Ja bym je zburzył. Bo na Koloseum też patrzę inaczej. Kiedyś podziwiałem jego kształt, jego architektoniczną doskonałość, która musiała być w tamtej epoce takim cudem inżynierii budowlanej jak dzisiaj wieże w Kuala Lumpur. Dzisiaj w Koloseum widzę tylko miejsce kaźni. Wyczuwam ból i rozpacz niewolników trzymanych w celach pod areną. Przerażenie zwierząt zamkniętych w przedśmiertnych klatkach. Czy przedtem o tym nie wiedziałem? Ależ tak, wiedziałem, czytałem przewodniki no i oczywiście „Quo vadis”. Wiedziałem, ale zarazem nie wiedziałem. Nie czułem. Dzisiaj, gdy widzę jak tłumy liżą lody i zaśmiewają się i pstrykają fotki wokół tej niewątpliwej makabry, tego Auschwitz zmienionego w Disneyland, czuję się jakbym był nienormalny. Albo ja albo inni.

 

I jeszcze jedno halucynogenne doświadczenie – pozytywne tym razem – kawiarnia artystów przy parku Villa Borghese, na tarasie Muzeum Sztuk Nowoczesnych. Wokół bajeczny ogród, obsługa perfekcyjna i wystrojona jak z żurnala, a klientela też jak z żurnala, tylko nie bardzo wiem jakiego. Żurnala przebrzmiałej bohemy? Bohemy obrosłej w złote piórka? Jakaś starsza pani o dłoniach tak wydiamentowanych, że nie wiem czy nie ciężko jej nosić te pół kilo pierścionków? Jakiś wyleniały starszy pan w równie wyleniałym futrze do kostek. Piękna młoda kobieta w ubraniu ewidentnie pochodzącym z takiego sklepu przy luksusowej Via Veneto, gdzie na olbrzymiej wystawie króluje tylko jedna sukienka, a pytanie o metkę z ceną wywołałoby zgorszenie personelu.

Kawiarnia nazywa się Caffè delle Arti. Wszyscy goście wyglądają jakby właśnie wyszli z filmu Felliniego, jakby zeszli na chwilę z planu napić się kawy i coś przekąsić. I właśnie wtedy, jedyny raz (bogatym zawsze świeci!) jakby specjalnie dla nich wyszło też słońce i nareszcie w Rzymie jest ciepło. Przyjemnie.

„Plebania nic nie straciła ze swego uroku ani ogród ze swojego blasku” – to słynne zdanie Gastona Leroux (tak, tak, tego od „Upiora w Operze”) pasuje – po lekkiej trawestacji – do dzisiejszego Rzymu. Rzym nic nie stracił ze swojej magii a rzymianie  ze swojego wdzięku.

 

P.S. Aha, byłbym zapomniał. Jak w każdym reportażu, musi być akcent polski. Proszę bardzo: kultowy samochód w Rzymie? Fiat Seicento produkowany w Bielsku Białej. Naprawdę jest ich dużo i pięknie się wtapiają w Wieczne Miasto. A nawiązanie karoserii do starego Seicento jest natchnione. Dziełko sztuki godne Caravaggia – szpetne i piękne zarazem.

Napisz pierwszy komentarz

blog - blog