|
KOŃ POLSKI „W każdą środę dostawa świeżej koniny” - głosi napis na pewnym sklepie mięsnym w Warszawie. Jeśli zadamy sobie trud - niewielki - wyszukania w Internecie informacji o firmie, która tak miło zachęca nas do kupowania jej produktu, dowiemy się rzeczy ciekawej. A może i znamiennej. Otóż firma ta, oprócz dostawy świeżej koniny co środę, prowadzi też inną działalność. Jest właścicielem... stadniny koni „pod wierzch”. Wszyscy wielbiciele tych zwierząt mogą tam pojeździć konno, nacieszyć się widokiem pięknych koników, zawieźć tam swoje dzieci by od małego uczyły się kochać zwierzęta. A potem te zwierzęta zostaną zarżnięte, poćwiartowane i wysłane w środę do sklepu. Potem, to znaczy kiedy już będą za słabe, żeby zarabiać na swoich właścicieli - firmę, która tak zręcznie łączy dwie działalności. Wiele osób jeżdżących konno zapewnia mnie, że bliskość konia działa na nie uspokajająco, że koń promieniuje jakimś ciepłem i spokojem. Koń ma dobre biopole - tak mówią zwolennicy hippoterapii, czyli leczenia schorzeń neurologicznych poprzez jazdę konną. Czy ma dobre biopole również wtedy, gdy jest wieziony na rzeź w ciasnocie i zaduchu, trzęsąc się na wybojach w rozklekotanej ciężarówce i umierając ze strachu? Kilka lat temu światem wstrząsnął krótki film o tym, jak to w Polskiej ciężarówce jednemu z koni noga wbiła się w podłogę i zakleszczyła się. Wiozący konia na rzeź ludzie (ludzie?) wpadli więc na prosty sposób. Zamiast się męczyć i rozwalać podłogę ciężarówki (koszty naprawy!) o wiele prościej będzie chwycić siekiery i odrąbać koniowi nogę. Co też uczynili. Film pokazały telewizje całego świata, a Brigitte Bardot ze łzami w oczach apelowała: „Polacy, nie bądźcie tak okrutni dla koni!” Czy Polacy są rzeczywiście tak okrutni? Nie bardziej niż inne nacje. Wystarczy poczytać na stronie ratujkonie.pl raporty z Rumunii czy z Egiptu. Człowiek jest tak zły, jak tylko warunki na to pozwalają. W krajach Unii Europejskiej (starej Unii!) warunki jednak na zbyt wiele nie pozwalają. Przepisy dotyczące transportu żywych zwierząt są bardzo rygorystyczne, nie ma mowy o ciężarówkach z dziurami w podłodze ani o transporcie przez osiemdziesiąt godzin bez przerwy. Obecnie w parlamencie włoskim (Włosi to jedni z największych w Europie amatorów jedzenia końskiego ciała) będzie rozpatrywany wniosek o zaostrzenie przepisów dotyczących transportu - kto ma ochotę go poprzeć, zachęcam do podpisania petycji: www.ratujkonie.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=228&Itemid=41 Zastanówmy się jednak, skąd to okrucieństwo wobec koni w Polakach? Przecież zdawałoby się, że w polską tradycję wpisany jest szacunek dla koni. Koń to przyjaciel rycerza, husarza, szlachetnego adonisa pędzącego w zbroi, z mieczem wzniesionym nad głową, by gromić barbarzyńskich nieprzyjaciół. Koń to symbol polskości - husaria, klacz „lotna”, „szał” Podkowińskiego, wszystko świadczy o tym, jak olbrzymi jest wpływ tego zwierzęcia na polską ikonografię, z malarstwem na czele. A dzisiaj odrąbujemy żywemu koniowi nogę... Cóż się takiego stało? Spróbujmy się więc przyjrzeć co się stało. Zajrzyjmy sobie do niezwykle polskiej, narodowej, szlachetnej i szlacheckiej księgi - do „Trylogii” Sienkiewicza. „Wierzcie mi, żem szkapy nie żałował, a dobra była bestia” - opowiada przyjaciołom mężny i mądry pan Zagłoba. Zwróćmy uwagę na czas przeszły w słowie „była”. „Koń mi pod lasem padł!” - skarży się Oleńce dzielny i szlachetny Andrzej Kmicic, zmykający przed pogonią. „Siekańce zaszumiały na gościńcu, koń pana Rocha zarył nozdrzami w kurzawę i padł przywalając jeźdźca. Żywym brać! -zakrzyknęli laudańscy” - to typowe postępowanie gdy chcemy kogoś „wziąć żywcem”: strzelamy do konia, na którym ten ktoś siedzi. „Szwedzi naraz dali ognia, lecz salwa niewiele zaszkodziła ukrytym za łbami końskimi rycerzom” - tu mamy konie użyte w charakterze żywych tarcz. „Kilka koni, zapadłych po brzuchy w błota, wskazywało miejsce, w którym (dzielny Wołodyjowski ze swoim oddziałem) wylądował na prawy brzeg” - koń jako środek transportu, który w razie czego można wygodnie opuścić i zostawić by sobie utonął w błocie. „Na bok, panie Wojniłłowicz! - wrzasnął pan Andrzej (Kmicic) i uderzył rękojeścią szabli wojniłłowiczowskiego konia z tak straszną silą, że rumak zachwiał się na nogach, jakby uderzony kulą, i nozdrzami zarył w ziemię.” Dalej następuje rycerska wymiana zdań między herosami, po czym pan hetman: „...rozkazawszy Wojniłlowiczowi siąść na świeżego konia, bo tamten ledwie już drgał, wysłał go wraz z panem Gnoińskim po księcia.” Jak widzimy, siąść na świeżego konia, to jak wyciągnąć z kieszeni świeżą chusteczkę i wysmarkać się. Taki sam ładunek emocji. Zerowy. Takich kwiatków w Trylogii jest więcej, a gdyby pod tym kątem przyjrzeć się całej literaturze, pewnie wyłoniłby się jeszcze bardziej ponury obraz. Już jednak tych kilka przykładów wystarczy, żeby stwierdzić: Nieprawdą jest, że Polacy są teraz okrutni dla koni. Prawdą jest, że Polacy zawsze byli okrutni dla koni. Nieprawdą jest, że w polskiej tradycji leży szacunek dla koni. W polskiej tradycji koń to przedmiot, żywa tarcza, symbol głupoty („cicho, ty koński łbie!” - gromi Wołodyjowski Rocha Kowalskiego, a pułkownik Oskierko mówi o tymże Rochu: „równie dobrze mógłbyś waszmość jego koniowi do rozumu przemawiać, bo dalibóg nie wiem, który głupszy”). W polskiej tradycji koń to rzecz, na której można wyżyć swoją furię. Gdy Kmicic zabija konia pana Wojniłłowicza, by dać upust swej złości, wykonuje typowe i dobrze opisane w psychologii przeniesienie agresji na ofiarę zastępczą. Nie mogąc zabić prawdziwego wroga ze strachu przed konsekwencjami, Kmicic, ten symbol odwagi, niemal mityczny bohater narodowy, zachował się podle i tchórzliwie - wyładował złość na bezbronnym zwierzęciu. I niestety tradycja ta przetrwała. Koń w naszej zbiorowej świadomości to tylko przedmiot. Nawet gdy się nim zachwycamy. Gdy każemy mu biegać w wyścigach godzimy się na to, że połamie nogi na przeszkodzie. Tyle że zabija się go wtedy dyskretnie, tak żeby publiczność tego nie widziała. Film „Wielka Pardubicka” dobrze pokazał tę dwoistość: od frontu dżentelmeni w pięknych strojach i cudownie odchuchane koniki, od zaplecza - połamane nogi i strzał w głowę z pistoletu do wbijania gwoździ. Spróbujmy wyliczyć pożytki, jakich człowiekowi dostarczał koń: ciągnął pług, ciągnął wózki z węglem w kopalniach, przewoził żołnierzy, ciągnął armaty, brał udział w bitwach - z wszystkimi tego konsekwencjami. Nie, wszystkiego nie wyliczymy, bo lista jest bardzo długa. Lista zasług. A nagroda? To wyliczyć łatwo, bo nagroda jest prawie zawsze ta sama: transport w rozklekotanej ciężarówce, potem koszmarna hala w rzeźni, czekanie na śmierć, w przerażeniu. Najwyższy czas byśmy zrewidowali nasz stosunek do tych pięknych i wbrew obiegowej opinii - inteligentnych zwierząt. Dwie strony medalu - stadnina z pięknymi konikami z jednej, a kartka o dostawie koniny z drugiej - znakomicie oddają nasz przewrotnie dwoisty stosunek do koni, a zapewne i do zwierząt w ogóle. Gdy posadzimy nasze dziecko na grzbiecie pięknego konika, pamiętajmy co się z tym konikiem później stanie. Może wówczas zabierzemy dziecko z powrotem. A może nie kupimy świeżej koniny w każdą środę, gdy pomyślimy że ta „świeża konina” jeszcze niedawno dostarczyła radości naszemu dziecku?
|