|
NO I WRÓCILIŚMY DO TABLICZEK Przy okazji Targów Książki miałem okazję zapoznać się z przebojem: czytniki książek elektronicznych. E-czytniki do E-booków. Wyglądają bardzo atrakcyjnie, coś między tabletem a dużym Iphonem, z domieszką wyświetlacza do nawigacji. Różnica zasadnicza? Elektroniczny papier nie świeci. E- czytnik nie emituje światła. Dzięki temu oczy się nie męczą. Ale też nie można czytać po ciemku. Trzeba mieć lampkę nocną. Jakość druku? Całkiem dobra, poza tym że, jak dla mnie, tło mogło by być bielsze, ale to zapewne można podregulować, no i na pewno pojawią się wersje z tłami do wyboru, i będzie tych teł (tak, tak, jest taka forma, każdy kto kupował w sklepie fotograficznym tła do studia i widział reklamę „szeroki wybór teł!” przyzna mi rację) mnóstwo, zółtawo-staromodne, z fakturką, ze znakiem wodnym i co tylko. Zalety: ludzie, którym kłopot sprawia czytanie małego druczku i dla których książki drukowane petitem są nie do przebrnięcia - mogą sobie powiększyć litery. Druga zaleta: jedziemy w podróż, i zamiast jak do tej pory zastanawiać się i hamletyzować: co też z naszych ulubionych lektur zabieramy na wakacje, czy „Karierę Nikodema Dyzmy”, czy może „Ogniem i mieczem”, albo i Chmielewską, (najczęściej potem się okazuje, że nie mamy ochoty na żaden z tomów, które taszczymy, a poczytałoby się coś innego, co zostało w domu). - możemy teraz zabrać całą bibliotekę. Lekką bibliotekę. Trzecia: cena książki prawie o połowę niższa niż w wersji papierowej. Nieoczekiwane korzyści dodatkowe: Potrzebowałem cytatu z „Huckleberry Finna” Marka Twaina. Wyciągnąłem dawno nie czytany egzemplarz. Nałykałem się kurzu. Długo błądziłem po stronach i rozdziałach. Gdzie to było? Przy której scenie? Szukałem punktu zaczepienia, usiłowałem sobie przypomnieć, skojarzyć czy to gdzieś w środku, czy może pod koniec - wreszcie dałem spokój. Potem przypomniałem sobie, że mam elektroniczne wersje książek Twaina, w tym oczywiście przygody Hucka. Znalezienie cytatu zajęło mi dwie minuty. Tak długo, bo robiłem to po raz pierwszy i musiałem najpierw znaleźć pole wyszukiwarki. Przy okazji wyszukało mi wszystkie zdania ze słowem „nigger”, wchodzącym w skład szukanej frazy. I chociaż wiedziałem, że wątek niewolnictwa jest w tej książce głównym, to jednak zobaczenie na jednej stronie wszystkich zdań z mniej lub bardziej rasistowskimi powiedzonkami o murzynach robi wrażenie. Jest ich... Nie, nie wiem jak to podsumować. dużo. Czy naprawdę jest to jakieś narzędzie do analiz literackich? Ech, raczej nie. Ale do przeszukiwania zawartości książek - wspaniałe. Jeżeli narzędzie do analiz, to raczej psychologicznych. Do rozważań nad pamięcią. Pamięć ludzka a elektroniczna. Przygody Hucka znam „na pamięć”, czytałem dziesiątki razy, poszukiwaną scenkę pamiętałem „doskonale”: dwie wrzaskliwe paniusie wśród dziesiątków gości na farmie państwa Phelps rozmawiają o katastrofie parowca, wykazując się przy tym kompletną obojętnością na fakt, że w katastrofie zginął murzyn. „Grunt, że nie raniło żadnego człowieka!” entuzjazmują się. Tymczasem nic podobnego. Nie żadne paniusie wśród gości, tylko Ciocia Tomka Sawyera, w rozmowie z Huckiem, udającym Sida Sawyera. Dlaczego takie przesunięcie? Pewnie dlatego, że ciocia Tomka była, tak w ogóle, osobą poczciwą i sympatyczną, a paniusie to były koszmarne babsztyle. I moja pamięć, za moimi plecami, odciążyła ciocię i zwaliła ten dialog na babsztyle. Ciekawy proces. Wady: dość wysoka cena samego czytnika książek: Od 750 do 3 tys zł. Ale to będzie taniało, za rok będzie kosztowało połowę, a za dwa lata będą dodawali taką tabliczkę do trzech tabliczek czekolady w promocji. A jeśli ktoś ma Iphona to polecam już dziś aplikację Stanza (do pobrania za darmo w sklepie Itunes). I staje się światłość - Iphone zmienia się w książkę. W setki książek. Druga wada: dość skromna, jak na razie, oferta tytułów. Ale to będzie się zmieniać. Pamiętam jak jeszcze kilka lat temu prezentowano na targach książki trzy audiobooki na krzyż. A teraz oferta książek do słuchania jest całkiem spora. Wada poważna, psychologiczna: „ja tam wolę przewracać tradycyjne kartki. Dotykać ich. Wąchać. Napawać się ich atmosferą”. Ale tak się tylko mówi. Znam kogoś, kto się zarzekał, że nigdy nie postawi pasjansa na komputerze. Ale jak raz postawił, to tradycyjne karty poszły w kąt. Na sobie też obserwuję to zjawisko. Już prawie nie kupuję gazet - co za marnotrawstwo lasów! - tylko czytam je w Internecie. Co mnie uderzyło: elektroniczna książka wyglądem kojarzy się nieodparcie z glinianymi tabliczkami, na których nasi przodkowie pisali - i z których czytali.
|